środa, 16 grudnia 2015

Karakuła Tadeusz (1935-2010)

Lek. med. Tadeusz Karakuła urodził się 19 marca 1935 roku w Wólce Grodziskiej. Mieszkał w Leżajsku. Uhonorowany przez władze miasta odznaką „Zasłużony dla miasta Leżajska”.

Absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Leżajsku, rocznik 1952/53. Po ukończeniu studiów medycznych w Krakowie rozpoczął pracę zawodową początkowo w Rzeszowie, a od marca 1961 roku, jako chirurg w szpitalu w Sarzynie. 

W 1965 roku zdobył specjalizację I stopnia z chirurgii ogólnej w Szpitalu Wojewódzkim w Rzeszowie. Drugi stopień specjalizacji uzyskał w 1971 roku w Klinice Chirurgii Ogólnej w Krakowie.W 1968 roku został kierownikiem Wydziału Zdrowia w Powiatowej Rady Narodowej w Leżajsku, do 1975 roku podlegał mu sanepid z siedzibą w 'Proświcie' na Jarosławskiej. 
Przez dwie kadencje był wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej Leżajska. 
Z jego inicjatywy przy wsparciu Stanisława Boronia w powiecie leżajskim zostały wybudowane wiejskie ośrodki zdrowia, przychodnia w Leżajsku, a także szpital w Leżajsku, który został oddany do użytku w grudniu 1981.  Był ordynatorem Oddziału Chirurgii.
W stanie wojennym, w wigilię Bożego Narodzenia 1981 roku w leżajskim szpitalu przeprowadzone zostały pierwsze operacje, na świat przyszły pierwsze dzieci. 

Od 1 lipca 1973 do 9 lutego 1990 roku pełnił funkcję Dyrektora ZOZ w Leżajsku.  Jego brat Jan Karakuła farmaceuta był w tym okresie kierownikiem szpitalnej apteki.
Żona Janina Karakuła z Dziobów pracowała w PSSE w Leżajsku, a od 1980 roku pełniła funkcję Dyrektorki Żłobka w Leżajsku.
Przez wiele lat był prezesem Klubu Sportowego „Pogoń” w Leżajsku. Jego pasją było myślistwo, przez wiele lat pełnił funkcję przewodniczącego Koła Łowieckiego „Wydra”. Był członkiem Towarzystwa Miłośników Ziemi Leżajskiej.
Tadeusz Karakuła był człowiekiem znanym, szanowanym za życzliwość, szacunek do ludzi, uczynność, poświęcenie i pasję, z jaką wykonywał swój zawód. 
Zmarł 6 listopada 2010 roku. Został pochowany na Cmentarzu Komunalnym w Leżajsku.

wtorek, 1 grudnia 2015

Dziwota Leon (1897-1942)

Leon Dziwota ur. się 29 sierpnia 1897 r w Leżajsku, jako syn Tomasza i Katarzyny Chamiec.

 Legionista, POW-iak. Brał udział w wojnie bolszewickiej, gdzie został ranny. Za udział w obronie Lwowa został odznaczony odznaką 'Orlęta'.
Leon Dziwota został aresztowany w sierpniu 1940 razem z ks. Czesławem Brodą, ks. Tomaszem Pacułą, ks. Stanisławem Lubasem, płk. Stanisławem Eustachiewiczem, Andrzejem Reichardem, Maruszakiem, Niziołem i prof. Rzeczycą. Wszyscy zostali przewiezieni na gestapo do w Jarosławia, a później do różnych obozów koncentracyjnych.

Został zamordowany w obozie Wewelsburg-Paderborn 28 kwietnia 1942 roku. 
W leżajskim kościele farnym figuruje na tablicy pamiątkowej. 



 tree

Syn Tomasz Krzysztof Dziwota urodził się w sierpniu 1933 r w Leżajsku. Żona Tomasza to Wiktoria, syn Grzegorz i córka Małgorzata.


Tomasz Dziwota z kuzynką Danutą Cebulak i Stanisławem Haszto. Fot. ze Zjazdu 100-lecia LO w Leżajsku

W Leżajsku na Cmentarzu Komunalnym w rodzinnym grobowcu znajduje się tablica nagrobna - 'mogiła symboliczna' Leona Dziwoty.



zobacz też:

Lubas Stanisław (1886-1942)

Ksiądz Stanisław Lubas (s. Józefa i Tekli z domu Adamczyk) urodził się 16 kwietnia 1886 r. w Żarnowej k. Strzyżowa. Pochodził z biednej rodziny, wychowany w duchu gorącej religijności i patriotyzmu. Uczęszczał do Szkoły Podstawowej w Żarnowej. Od początku pobierania nauk wykazywał wybitne zdolności i duży zapał do wiedzy. Mimo dużych trudności finansowych, rodzice wysłali syna Stanisława do gimnazjum w Rzeszowie. Po zdaniu egzaminu dojrzałości z wynikiem celującym, wstąpił do Seminarium Duchownego w Przemyślu. Tam w latach 1908-1912 odbył studia teologiczne, a święcenia kapłańskie otrzymał dnia 16 kwietnia 1914 r. z rąk ks. bp. Jana Sebastiana Pelczara. Na pierwszą placówkę pracy duszpasterskiej został skierowany do parafii w Mościskach gdzie zdobył uznanie Biskupa ordynariusza J. S. Pelczara, po czym w roku 1919 został przeniesiony do Leżajska, na odpowiedzialne stanowisko katechety gimnazjalnego, gdzie pracował nieprzerwanie do roku 1940. Ksiądz Stanisław Lubas jako nauczyciel był wymagający, a zarazem wyrozumiały, dlatego też był bardzo lubiany przez młodzież i niezwykle ceniony przez rodziców jako sprawiedliwy nauczyciel. Uczył religii, propedeutyki filozofii, historii, logiki, psychologii, a w ramach zastępstw również geografii i wychowania fizycznego. Poza zajęciami obowiązkowymi opiekował się szkolną biblioteką uczniowską i nauczycielską. W pamięci młodzieży szkolnej, jak i rodziców lokalnego społeczeństwa, zapisał piękną kartę swej działalności, jako założyciel, opiekun i moderator Sodalicji Mariańskiej. Dnia 23 lipca 1940 r. wraz z innymi kapłanami z Leżajska Czesławem Brodą i Tomaszem Pacułą został aresztowany przez gestapo i wywieziony do Jarosławia a następnie do Tarnowa. Później przebywał w obozie Sachsenhausen, skąd wraz z grupą 3 tysięcy księży został przetransportowany do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie zmarł 21 marca 1942 r. W dniu 17 września 2003 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny 122 męczenników za wiarę z okresu II wojny światowej – ofiar nazizmu, wśród których jest ks. Stanisław Lubas.

Uchwałą Rady Miasta Leżajska z inicjatywy Stanisława Bartnika w 2014 roku nadano skwerowi na terenie Leżajska nazwę 
„Skwer Księdza Stanisława Lubasa”.





Źródło:
http://lezajsk.um.bipgmina.pl/files/sites/3097/wiadomosci/246465/files/uchwalaxlii267_nadanie_nazwy_skwerowilubasa2.pdf

Broda Czesław (1885-1940)

Ksiądz Czesław Broda (ur. 5 lutego 1885 w Słocinie, obecnie dzielnica Rzeszowa, zm. 12 grudnia 1940 w KL Dachau). Dziekan, administrator, proboszcz parafii w Leżajsku i wiceprezes Zarządu Okręgowego Stronnictwa Narodowego w Rzeszowie, kanonik honorowy kapituły katedralnej w Przemyślu (od 1927). Święcenia kapłańskie przyjął 24 czerwca 1909 w Przemyślu. 15 grudnia 1911 r. przybył do Woli Raniżowskiej (parafia Raniżów), jako stały katecheta i rozpoczął starania o budowę kościoła. Dzięki temu w 1913 r. zbudowano cegielnię i w 1914 r., a 26 lipca 1914 r. położono kamień węgielny i rozpoczęto prace przy budowie kościoła. 
Gdy wybuchła I wojny światowej wcielono go do wojska i budowa kościoła została przerwana. 
W 1916 r. ks. Czesław Broda zdemobilizowany, jako inwalida, powrócił i podjął dalsze prace przy wznoszeniu nowego kościoła. Przyczynił się do tego, że parafia Wola Raniżowska została erygowana 12 marca 1919 r. pismem św. bpa Pelczara z dnia 28 lutego 1919 r. 13 czerwca 1921 roku ks. Czesław przeniesiony został do Leżajska i od 1925 r. został tam proboszczem. Od 1927 r. został kanonikiem honorowym kapituły katedralnej w Przemyślu, a od 1929 r. dziekanem dekanatu leżajskiego. Na przełomie lat 20. i 30. był wiceprezesem Zarządu Okręgowego Stronnictwa Narodowego w Rzeszowie. Jako dziekan leżajski ks. Czesław Broda dokonywał poświęceń nowych świątyń. Gdy przybył nowy proboszcz, do Białobrzeg koło Leżajska ks. Jan Latawiec, i wyposażył kościół w niezbędne urządzenia, dokonał poświęcenia tamtejszej świątyni. Był opiekunem wiernych w pobliskich parafiach m.in. w parafii Dębnie od 1935 do 1940 roku. Był katechetą i pedagogiem, który uczył nie tylko religii, ale jako wiceprezes ZO SN uczył też miłości do Ojczyzny.
Wiosną 1939 r. wybrany został do Rady Miasta w Leżajsku.
Kiedy rankiem 13 września 1939 roku do Leżajska wkroczyły oddziały niemieckiej 28. zmotoryzowanej dywizji piechoty oraz 8. zmechanizowanej dywizji piechoty i rozpoczęto tworzenie struktur okupacyjnej władzy, ogłoszona została lista zakładników. Znalazł się w na niej m.in. i ks. Czesław Broda.
Po pierwszym aresztowaniu wypuszczono go na krótko. Kolejna akcja okupanta miała miejsce w 23 lipca 1940 r. Gestapo aresztowało wtedy nie tylko ks. Czesława Brodę, ale i płk. Stanisława Eustachiewicza (1883–1948), ks. Stanisława Lubasa (1886-1942), ks. Tomasza Pacułę, Andrzeja Reichardta, Maruszaka, Wiecha, Nizioła, prof. Rzeczycę. 
Ks. Czesław Broda więziony był w Jarosławiu i Tarnowie, skąd po dwóch tygodniach został wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen (KL).
3 września 1940 r. przewieziono go do Dachau (KL) i zarejestrowany został z numerem obozowym 18218. W czasie pobytu w obozie, do którego przewieziono wielu polskich księży, poddawany był okrutnym represjom ze strony hitlerowskich strażników. Nieludzkie traktowanie, bicie, głodzenie i niewolnicza praca sprawiły, że siły księdza się wyczerpały. Zmarł, jak zapisano w aktach, na ciężkie zapalenie płuc w wieku 55 lat.
Beatyfikacja
Ks. Czesław Broda zaliczony jest do drugiej grupy polskich męczenników z okresu II wojny światowej, których proces beatyfikacyjny rozpoczął się 17 września 2003 roku.


Decyzją Rady Miasta Leżajska w latach 90. przemianowano ulicę Marchlewskiego na ul. ks. Czesława Brody.

Źródło:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Czes%C5%82aw_Broda

http://stevemorse.org/dachau/details.php?lastname=BRODA&firstname=Czeslaus&title=&birthday=05&birthmonth=Feb&birthyear=1885&birthplace=Slocina&from=Sachsenhausen&town=Lezajsk&street=Kr.Taroslaw&number=18218&DateOfArrival=06

wtorek, 10 listopada 2015

Ordyczyński Marian

Dzięki uprzejmości Marty Czerwieniec, wielkiej miłośniczki kolei, znanej genealożki dowiedziałam się, że Marian Ordyczyński brał udział w Obronie Lwowa. Marta przekazała mi odnalezione w CAW arkusze wywiadowcze kolejarzy i m. in. dokument z 20 marca 1929 dot. Mariana Ordyczyńskiego.
Marian Józef Ordyczyński syn Leona i Anieli z Jarosiewiczów urodził się w Leżajsku. Inżynier kolejnictwa, po wojnie mieszkał i pracował w Lublinie. Przy okazji dowiedziałam się, że studiował na Politechnice Lwowskiej.
W okresie od 1 listopada 1918 do sierpnia 1919 i w roku 1920 jako żołnierz ochotnik brał czynny udział w wojnie, za co został mianowany do stopnia ppor rezerw. 
Z arkusza wywiadowczego Dyrekcji Kolei Państwowych we Lwowie dowiadujemy się, że działał na odcinkach:
- od 1 XI 1918 do 14 kwietnia 1919 działał na trasie Przemyśl i okolice
- od 15 kwietnia 1919 do 30 kwietnia 1919 na trasie Lwów (Zimna Woda)
- od 15 kwietnia do sierpnia 1919 na trasie od Sądowej Wiszni do Skałatu.
W wojnie z bolszewikami w 1920 roku - na trasie od Chodorowa do Wiśniowca.
"Wymieniony dając przykład męstwa i hartu żołnierskiego zagrzewał i zachęcał innych żołnierzy do wytrwania w ogniu tak, iż można śmiało o nim powiedzieć, że w niemałym stopniu przyczynił się do zwycięstwa oręża polskiego". 
Jak możemy się dowiedzieć z tego dokumentu w obronie Lwowa i Wschodniej Małopolski brali również udział jego bracia:
Jan Mikołaj Ordyczyński - major WP oraz Władysław Ordyczyński - rzemieślnik.

Marian Józef Ordyczyński ożenił się z Kazimierą Radecką (ur. 25.09.1903-zm. 25.04.1978). 
Mieli jedną córkę Beatę Ordyczyńską (ur. 19.02.1939 w Lublinie - zm. 6.10.1993). Ukończyła Wydział Biologii i Nauki o Ziemi UMCS w Lublinie. Była pracownikiem naukowym na Uniwersytecie Lubelskim (Katedra Botaniki). Członek Sekcji Dendrologicznej PTB.
Marian Józef Ordyczyński zmarł 18 stycznia 1989 roku w Lublinie. Jest pochowany razem z córką na Cmentarzu w Majdanku (Sektor S4C7 rz. 9 nr grobu 18).



***
 tree
***

poniedziałek, 20 lipca 2015

Chmura z Grögerów Lidia

Irena Maria Lidia Chmurowa z Grögerów urodziła się 18 października 1923 roku Leżajsku. Córka prof. gimnazjum w Leżajsku Józefa Grögera i Ireny z Kiszakiewiczów.
Ojciec Józef Gröger ur się w Śniatynie (woj. stanisławowskie), gdzie ukończył Szkołę Podstawową, a w Kołomyi Gimnazjum. Egzamin dojrzałości złożył w 1909 roku. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1 X. 1915 r. pracował jako nauczyciel historii i geografii Miejskiego Gimnazjum Realnego w Leżajsku. Dodatkowo uczył robót ręcznych, rysunku i gimnastyki. Jako członek Komisji Egzaminacyjnej Tajnego Nauczania przez cały czas okupacji niemieckiej działał pod pseudonimem 'Tadeusz'.


Fot. Dom rodzinny Lidii Cmurowej


Fot. Szkoła Powszechna Żeńska im. Królowej Jadwigi w Leżajsku
Podczas edukacji w Szkole Żeńskiej im. Królowej Jadwigi w Leżajsku w 1934 r wstąpiła do harcerstwa.
Absolwentka Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Bolesława Chrobrego w Leżajsku. Z czasów gimnazjalnych warto wspomnieć, że Lidia brała udział w jasełkach organizowanych przez nauczycieli gimnazjum. Dekorację przygotował prof. Józef Gröger. Brat Ryszard był paziem króla Heroda, a w rolę Matki Boskiej wcieliła się jej koleżanka Maryla Ordyczyńska (Zawilska). Arię pastuszka odegrał Mieczysław Ćwikła pochodzący z Kuryłówki. Spektakl cieszył się ogromnym powodzeniem, odgrywany był w Domu Narodowym. 
W czasie II wojny światowej, podczas okupacji Lidia Gröger ps ' Marta' działała w konspiracji, głównie jako łączniczka i kolporterka prasy podziemnej NOW. Jak podaje Stanisław Kisielewicz ps 'Niesiecki', 'Antek' w swoich wspomnieniach opisanych w książce 'Od Leżajska do Łodzi' prasę konspiracyjną rozdzielała Władysława Schönborn ps 'Jadwiga' kierująca zespołem kolportażu. Skrzynka i punkt rozdziału prasy znajdował się w 'Czerwonym Klasztorku', obecnym budynku sanepidu. Kiedyś budynek z czerwonej cegły był w posiadaniu zakonnic.  
Łączniczkami komendy okręgu były Hanka Sowianka, Helena Czochara, Kowalikówna. W skład zespołu wchodziły również Janina Walatyńska 'Acha', Maria Szczęk 'Zbigniewa', Helena Królikowska 'Koziołek'.

Brat Lidii - Ryszard Gröger ur. w 1920 roku absolwent Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Bolesława Chrobrego w Leżajsku - rocznik 1938/39. Kapitan AK. ps. Kuba.

3 lata po śmierci ojca Józefa, który zmarł w Szczecinie 21 sierpnia 1946 roku Lidia ps. Marta została skazana w 1949 roku przez sąd wojskowy na 5 lat i 9 miesięcy więzienia. Siedziała w więzieniu dla kobiet.Dzięki amnestii odsiedziała 3 i pół roku do 1952 roku. 
Poślubiła Tadeusza Chmurę s. Maksymiliana i Teodozji Staw. 

***
Podczas spotkania autorskiego z Szymonem Nowakiem autorem książki 'Dziewczyny wyklęte' syn pani Lidii - Stanisław Chmura opowiedział o działalności swojej matki, o rodzinie zaangażowanej w działalność konspiracyjną.



*****


****

 tree
Drzewo genealogiczne

***





Linki:

czwartek, 16 lipca 2015

Larendowicz Zbigniew Jan (*15-10-1916)

Zbigniew Larendowicz urodził się 15-10-1916 r. w Leżajsku. Syn Franciszka, organisty w Leżajskiej Bazylice OO. Bernardynów i Tekli z Gdulów. Ojciec pochodził z Sieniawy, matka Tekla z Leżajska (była ciotką Stanisława Gduli).
Zbigniew Larendowicz mieszka w starym rodzinnym domu przy ul. Podleśnej.



Zbigniew Larendowicz szkołę podstawową rozpoczął na Podklasztorem. Szkoła mieściła się w budynku przy Placu Mariackim, gdzie w prywatnym budynku u Makosika. Wówczas nauczycielką była pani hr Krasińska, później pan Kazimierz Bentkowski.
Fot. Budynek szkoły podstawowej na Podklasztorzu

Pierwszą siedzibą gimnazjum Realnego w Leżajsku był budynek obecnej plebanii (w latach 1912-1922). Kilka sal szkolnych w pierwszym okresie funkcjonowania gimnazjum były wynajęte pomieszczenia starej szkoły. Do gimnazjum uczęszczał Zbigniew, kiedy szkołę przeniesiono do dworku hr. Alfreda Potockiego, a szkoła została przekształcona z państwowego męskiego gimnazjum na gimnazjum koedukacyjne. Będąc uczniem Gimnazjum Państwowego im. B. Chrobrego w Leżajsku, prowadził męski chór czterogłosowy. Chór występował podczas szkolnych mszy świętych oraz podczas wszelkich uroczystości państwowych i patriotycznych, takich jak Święto Niepodległości, 3 Maja, imieniny Prezydenta RP i Marszałka Polski.

Prof. Mirosław Kapij przez 3 lata uczył go języka ruskiego. Drugim językiem obcym był niemiecki. Prof. Stanisław Iwanowicz był opiekunem jego klasy. Dyrektorami kolejno byli: prof. Piotr Szpila, prof. Józef Depowski, a potem Ksawery Bułkowski. Absolwentem został w 1934 roku.

Zbigniew Larendowicz ukończył Szkołę Starszych Przysposobienia Wojskowego, Szkołę Podchorążych we Włodzimierzu Wołyńskim. W latach 1935/36 był szefem hufca szkolnego leżajskiego gimnazjum.
Pan Zbigniew w czasie wojny był oficerem Narodowej Organizacji Wojskowej, a następnie Armii Krajowej, działał pod pseudonimem 'Wicher'. Pod koniec wojny pełnił funkcję dowódcy placówki AK w Leżajsku. W kampanii wrześniowej walczył jako podporucznik 24. Pułku Artylerii Lekkiej w Jarosławiu. Po wkroczeniu Armii Czerwonej dostał się do sowieckiej niewoli.
Jego starszy o 4 lata brat Mieczysław został rozstrzelany 28 maja 1943 r. przez Niemców podczas pacyfikacji Leżajska. Brat Eugeniusz urodzony w 1913 roku przeszedł szlak bojowy w brygadzie gen. Maczka. Wyjechał do Kanady, tam mieszkał i pracował i tam zmarł 29 listopada 2011 roku.

Zbigniew Larendowicz poszukiwany przez gestapo ukrywał się w czasie wojny. Poślubił Annę Zofię Sztyrak 29 czerwca 1944 roku, która też była żołnierzem AK. Partyzancki ślub, bez zapowiedzi odbył się w kościele w Woli Zarczyckiej. Świadkami byli: Stanisław Czyż i Jan Dudziak.



Fot. Kościół Przemienienia Pańskiego w Woli Zarczyckiej w stylu neogotyckim


Po wojnie pan Zbigniew zapisał się na studia leśne w Poznaniu.

Zdolności kronikarskie Zbigniewa Larendowicza owocują licznymi publikacjami oraz wielkimi zbiorami o wartości genealogicznej. Autor książki " Kult Matki Bożej Pocieszenia w Bazylice OO. Bernardynów w Leżajsku", „Sanktuarium Maryjne Ojców Bernardynów w Leżajsku”, Historia posiadłości Klasztoru Ojców Bernardynów w Leżajsku”.


 tree


Pasją Zbigniewa Larendowicza jest również genealogia. Stworzył pokaźne drzewo genealogiczne swojej rodziny. 


Grób Rodziców na Cmentarzu Bernardyńskim Biała Górka w Leżajsku.

Franciszek Larendowicz ojciec Zbigniewa ukończył Konserwatorium Towarzystwa Muzycznego w Krakowie - specjalizacja główna - kurs nauki gry na organach oraz śpiewu Gregoriańskiego, a jako specjalizacja dodatkowa to nauka harmonii wyższej i kontrapunktu.W latach 1904-1966 był organistą w Leżajskiej Bazylice OO. Bernardynów. W 1923/24 r. pracował jako nauczyciel śpiewu w gimnazjum. Prowadził chór gimnazjalny brał udział we wszystkich uroczystościach państwowych i kościelnych.
Linki:

środa, 13 maja 2015

Ordyczyński Wincenty (1907-1991)

Urodził się 19 lipca 1907 roku w Leżajsku w rodzinie Leona i Anieli z Jarosiewiczów. Zmarł 22 kwietnia 1991 roku w Krasnymstawie.




 tree
***


Ojciec Leon Ordyczyński był wieloletnim radnym w Leżajsku. Był też członkiem Rady Nadzorczej Banku Spółdzielczego w Leżajsku. Pracował na budowach, głównie we Lwowie. Był majstrem, budował Dworzec we Lwowie.

Wincenty Ordyczyński miał dziewięcioro rodzeństwa:

Mikołaj Jan Ordyczyński (*12.12.1891 - 13.07.1975, Leżajsk)
Stefan Ordyczyński (*Lwów)
Władysław Ordyczyński (*? - 1945)
Antoni Stanisław Ordyczyński (*29.05.1894, Leżajsk)
Cecylia Ordyczyńska (*18.11.1896 - 21.06.1992, Leżajsk)
Walerian Ordyczyński (4.04.1902, Leżajsk - 22.10.1903, Leżajsk)
Stanisław Ordyczyński (*13.11.1904 - 1984, Zamość)
Marianna Leontyna (Maryla) Ordyczyńska (*15.08.1914, Leżajsk)
Marian Józef Ordyczyński (*? - 18.01.1989, Lublin, Cmentarz w Majdanku)


Wincenty Ordyczyński - absolwent Miejskiego Gimnazjum Realnego w Leżajsku. Rocznik 1923/24. 

Ożenił się z Anną Radecką h. Dryja Mutyna c. Jana i Zofii z d. Kucharska. Żona pochodziła z Sambora. 
Wincenty i Anna mieli dwoje dzieci: Halinę i Wojciecha. 

Syn Wojciech Ordyczyński urodził się 8 lutego 1944 w Leżajsku, ma troje dzieci: Dorotę, Agnieszkę i Piotra. 

Córka Halina Ordyczyńska w latach 1953/54 ukończyła Liceum Ogólnokształcąšce w Leżajsku. W latach 60. pracowała w Leżajsku w Radzie Narodowej, jako inżynier rolnik w Wydziale Rolnictwa. Wyszła za mąż za Mieczysława Rejka. Potem przeniosła się do Lubartowa.

Wincenty Ordyczyński w latach od 1 czerwca 1941 do 20 stycznia 1945 działał w ruchu oporu. Był poliglotą. Greki nauczył się przed wojną podczas pobytu w Grecji na praktyce. Znał również francuski, niemiecki, bułgarski, rosyjski, angielski.
Jak opowiadał syn Wojtek, jego ojciec Wincenty kiedy pracował w Polskim Monopolu Tytoniowym w Bydgoszczy, załatwiał poprzez brata Mikołaja Ordyczyńskiego, cygara dla Marszałka Józefa Piłsudskiego. Mikołaj Ordyczyński był adiutantem u Piłsudskiego
Wincenty Ordyczyński - był szefem produkcji Zakładów Tytoniowych w Krasnymstawie (zakład powstał w 1952 roku), pierwszym dyrektorem ds. Uprawy Tytoniu w Wytwórni Tytoniu (LWTP) w Leżajsku. 


Po latach wyjechał do Krasnegostawu, gdzie dożył swoich ostatnich dni i gdzie jest pochowany. Zmarł 22 kwietnia 1991 roku.

Z albumu rodzinnego syna Wojtka Ordyczyńskiego oraz Maryli Zawilskiej z d Ordyczyńska.


Fot. Leon Ordyczyński z żoną Anielą

Fot. Halina Rejek z d. Ordyczyńska
Fot. Halina Rejek z d. Ordyczyńska

Fot. Aniela Ordyczyńska i córka Marylka Zawilska
Fot. ?, Aniela Ordyczyńska, córka Cecylia Reinberger i Leon Ordyczyński

Fot. Marylka Zawilska, Cecylia Reinberger, Eleonora Kwiecińska, Małgosia Zawilska, Aniela Ordyczyńska i Grzesiek Gorzkiewicz.
***
12 maja 2015 Wojtek przyjechał z rodziną do Leżajska. Chciał pokazać córce i wnukowi swoje rodzinne miasto, odwiedzić rodzinę, znajomych i kolegów.




Linki powiązane z rodziną Ordyczyńskich:

Ordyczyński Mikołaj Jan

wtorek, 12 maja 2015

Niziński Tadeusz (1895-1943)

Tadeusz Niziński s. Franciszka ur. 15.01.1895 r. w Uhnowie, emerytowany major piechoty Wojska Polskiego, ostatni burmistrz Leżajska okresu międzywojennego w latach 08.02.1934 - 10.09.1939, inwalida wojenny, kawaler krzyża Virtuti Militari V kl, rozstrzelany podczas pacyfikacji 28.05.1943 r. w Leżajsku. Zginął z okrzykiem na ustach „ Bracia, giniemy za Polskę”.

Źródło:
Juliusz Ulas Urbański - Pacyfikacja Leżajska 28 maja 1943

Uchwałą Rady Miasta z dn. 27 października 2014 nadano jednej z ulic miasta Leżajska nazwę 'ulica Tadeusza Nizińskiego'.



wtorek, 21 kwietnia 2015

Półćwiartek Józef

Prof. dr hab. Józef Półćwiartek, pracownik naukowy, autor ponad 250 prac historycznych, książek oraz innych publikacji naukowych, popularnonaukowych i regionalnych.  Jest autorem monografii o Leżajsku – „Dzieje Leżajska" (Praca zbiorowa pod redakcją Krzysztofa Baczkowskiego i Józefa Półćwiartka).
Urodził się 25 marca 1935 r. w Sarzynie w wielodzietnej rodzinie chłopskiej. 
Ojciec Marek Półćwiartek w okresie międzywojennym był działaczem PSL 'Wyzwolenie', a w czasie II wojny światowej działał w BCh i AK.
Po ukończeniu szkoły podstawowej w Sarzynie, uczęszczał do Państwowego Liceum Pedagogicznego w Rzeszowie. Studiował historię w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie (1957-61). 
W latach 1961-63 pracował w Szkole Podstawowej nr 1 w Leżajsku, potem krótko w Liceum Ogólnokształcącym im. B. Chrobrego w Leżajsku.
Profesor Półćwiartek wykładał w WSP w Rzeszowie, przekształconej w 2001 r. w Uniwersytet Rzeszowski. Tam w 1973 r. uzyskał habilitację, a w 1975 r. został powołany na stanowisko docenta. 
W czasie pracy akademickiej w Rzeszowie był organizatorem magisterskich studiów historycznych. Pełnił funkcję prorektora ds nauki i współpracy z zagranicą Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie, prodziekana Wydziału Socjologiczno-Historycznego WSP w Rzeszowie i Uniwersytetu Rzeszowskiego w Rzeszowie. Był członkiem dwóch komisji naukowych Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, członkiem Międzynarodowej Komisji Historycznej Polsko-Ukraińskiej przy Komitecie Nauk Historycznych PAN. 
W końcu lat 40-tych działacz opozycyjny. Więzień polityczny w latach 1953-54. Zdobył kolejne stopnie naukowe: magistra -1961 r., doktora -1966, doktora habilitowanego -1973, a w 1990 r. został powołany na stanowisko profesora nadzwyczajnego.

W latach 1951 — 1953, kiedy uczęszczał do Państwowego Liceum Pedagogicznego w Rzeszowie, założył Zespół Samokształceniowy „Filomaci” , za działalność w Filomatach został aresztowany wraz z kolegami przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego dwa miesiące przed maturą, skazany potem na dwa lata i trzy miesiące pozbawienia wolności.

Prof. dr hab. Józef Półćwiartek pełni funkcję Wiceprzewodniczącego Prezydium Rady - członek Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych przy Urzędzie Marszałkowskim Województwa Podkarpackiego. Rada została powołana do współpracy z Zarządem Województwa w realizacji zadań wynikających z ustawy o kombatantach oraz osobach będących ofiarami represji wojennych i okresu powojennego.
Obecnie jest już na emeryturze (od 2010 roku), ale mimo to nadal aktywnie pracuje, wydaje książki, udziela się społecznie oraz współprace z różnymi instytucjami kulturalnymi w naszymi regionie.
Otrzymał wiele odznaczeń państwowych i wyróżnień honorowych: Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski Polonia Restituta (2002), Złoty Krzyż Zasługi (1984), Medal 40-lecia Polski Ludowej (1984), Medal Komisji Edukacji Narodowej (1978), Krzyż Więźnia Politycznego 1939-1956 (2000), Złota Odznaka ZNP (1977), Odznaka „Zasłużonym Działacz Kultury” (1982).

Wyrazem uznania za znaczący wkład pracy w organizacjach i towarzystwach regionalnych na obszarze Polski południowo - wschodniej wiele miast i regionów przyznało mu szereg honorowych wyróżnień, nagród i lokalnych odznaczeń.
Honorowy Obywatel Miasta Leżajska (od 1979).
Honorowy Obywatel Miasta i Gminy Nowa Sarzyna (2005).
Zasłużony dla Miasta i Gminy Kolbuszowa.
Honorowy Członek Towarzystwa Miłośników Ziemi Leżajskiej (2009).

Pan prof. Józef Półćwiartek w 2010 roku przekazał do Muzeum Ziemi Leżajskiej swój cenny, gromadzony przez lata zbiór biblioteczny z zakresu historii. Zbiór obejmuje ok. 3000 jednostek inwentarzowych - rękopisy sięgające początków XVII wieku, starodruki, publikacje książkowe, mapy, źródła ikonograficzne (fotografie, ilustracje, szkice). Chronologicznie związany jest z historia obszaru Polski południowo – wschodniej od czasu średniowiecza po współczesność. Szczególne miejsce w tym zbiorze stanowi miasto Leżajsk i wsie okoliczne przez wieki z nim związane (królewszczyzna leżajska jako starostwo niegrodowe leżajskie do 1772 roku. potem dobra kameralne leżajskie 1773 – 1819, następnie w składzie Ordynacji Łańcuckiej Potockich od 1830 roku, w czasach natomiast współczesnych w powiecie leżajskim województwa podkarpackiego). W szerszym zakresie zbiór biblioteczny związany jest tematycznie z obszarem Puszczy Sandomierskiej i szerokiego pogranicza etnicznego polsko–ukraińskiego sięgającego na południowy wschód na Wołyń i na Podole.

piątek, 10 kwietnia 2015

Wagner (z d. Podubny) Józefa (1928-2015)

Niech te moje wspomnienia będą świadectwem cierpienia wielu prawych Polaków i wspaniałych patriotów. Niech będą świadectwem zbrodni, jakich dokonali komuniści na polskim narodzie. 
Teraz już wielu zdarzeń nie pamiętam i może tak chronologicznie i dokładnie nie przekazałam. Przekazałam natomiast całą prawdę o tym, co przeżyłam - 
tak podsumowała swoje wspomnienia pani Józefa Wagner z d. Podubny ps. "Baśka" - "Ziuta", członek Armii Krajowej placówki "Śląskiego" w Leżajsku. 

9 kwietnia 2015 roku zmarła Józefa Wagner z d. Podubny. Przeżyła 87 lat.





Wspomnienia pani Józefy Wagner spisał w dniu 25 listopada 2007 roku pan Wincenty Pażyra z Nowej Sarzyny. Spisał i opracował w formie książeczki. 
Pan Wincenty Pażyra przesłał mi te wspomnienia pocztą, zaledwie kilka dni temu, poprosił, żebym je wykorzystała. Pani Józefa jeszcze wówczas żyła. 

 tree

Przeczytałam ze wzruszeniem i jednocześnie z niedowierzaniem, że tak mogło wyglądać życie kobiety, która przeżyła wojnę i nie miała okazji cieszyć się wolnością. 


Oto wspomnienia pani Józefy Podubny-Wagner.

Moje wspomnienia rozpocznę od historii życia mojego ojca. Ojciec mój był zawodowym wojskowym w Wojsku Rosyjskim. W 1910 roku przyjechał wraz z ordynansem, z pismem do Starego Miasta, leżącego przy granicy. Do Rosji już nie wrócił, gdyż zorientował się, że wybuchnie rewolucja. Przekroczył granicę i udał się na Śląsk do Katowic. Tam obaj pracowali w kopalni, ale każdy w innym miejscu. Ordynansa w czasie szychty zasypało. Przestraszony ojciec wyjechał z Katowic. Przybył w te strony, podjął pracę w cegielni, początkowo w Brzózie Królewskiej, a następnie w Leżajsku u Makosika i Zawilskiego.
Tu poznał moją mamę i po takich prawnych perypetiach ożenił się z nią. 
Ja urodziłam się 13 lutego 1928 roku w Leżajsku, przy ul. Opalińskiego, niedaleko lasu.
Nasza rodzina była bardzo patriotyczna. Starszy brat i siostra jeszcze przed wojną należeli do Drużyny Strzeleckiej, a ja do Harcerstwa.
Brat już od początku II wojny należał do Związku walki Zbrojnej.
Mieszkaliśmy na uboczu, więc tu odbywały się szkolenia młodych członków organizacji podziemnej. Szkolił ich mój brat i inni. Ja wtedy stałam na czatach, ponieważ wcześniej, jako małoletnia złożyłam na ręce dowódcy przysięgę harcerską na Harcerskie Słowo Honoru Harcerstwa Polskiego. Brat należał do Oddziału Więcława ps. "Śląski".
Przed wojną uczęszczałam do szkoły podstawowej, a wczasie okupacji do Szkoły Handlowej w Leżajsku.
Po złożeniu przysięgi uczestniczyłam w konspiracji, przeważnie jako kurierka.
Przypomniałam sobie, że pewnego razu dostałam polecenie od 'Śląskiego', aby przenieść dokumenty do Ulanowa. Pojechałam pociągiem do Rudnika. Tu wysiadłam i udałam się w kierunku Sanu i przez 3 dni czekałam obserwując rzekę, gdyż Niemcy robili pomiary. Zatrzymałam się u pewnej pani, jej syn również działał w konspiracji. W wodzie miał zatopioną łódkę, a sam ukrył się w zaroślach nad Sanem, obserwując Niemców. Po 3 dniach wypłynęliśmy łódką i będąc już przy drugim brzegu, ostrzelali nas Niemcy. Ten meldunek przekazałam w sklepie pani Pustarczykowej, o ile się nie mylę. Po paru dniach powróciłam do Leżajska.
W naszym domu często przebywali partyzanci z oddziału 'Ojca Jana' i 'Mewy'. Przybywali tu, aby się umyć, ostrzyc, zjeść, odpocząć, a nawet wypić. Nasz dom, jak już wspominałam był usytuowany w dobrym miejscu, blisko lasu.
brat dostał za działalność konspiracyjną odznaczenie z Anglii w 1943 roku.
W 1944 roku, 10 września ożenił się i zamieszkał u żony w Leżajsku.
Sowieci do Leżajska weszli 17 lipca 1944 r. i znowu zaczęła się nowa okupacja. Ojciec robił wszystko, aby utrzymać rodzinę na jako takim poziomie. Potrafił wykonywać wiele rzeczy, pędził też bimber.  NKWD-owcy, którzy stacjonowali w Leżajsku pili notorycznie. Przychodzili do nas, aby popić.
Pewnego razu przyszedł do nas brat i pił z tymi Sowietami. Ja, będąc w tym pomieszczeniu, zauważyłam przez okno, że zbliża się do nas trochę wystraszona bratowa. Niepostrzeżenie wyszłam na pole, bratowa powiedziała mi, że NKWD aresztuje niektórych członków podziemia, że byli u niej w domu, szukali brata i zrobili rewizję. Znaleźli mały pistolecik, który ofiarował jej w czasie ślubu Józek 'Wołyniak'. Zdemolowali dom, zniszczyli wszystko co w domu było. 
Weszłam z powrotem do domu, chciałam brata ostrzec, mówiąc mu, że chcę się o coś zapytać, jednak podejrzliwi NKWD-owcy coś wywęszyli i nie pozwolili mi z nim porozmawiać, zabrali ze sobą brata i poszli gdzieś w nieznane. Ojciec próbował odszukać ich, na komendzie i w różnych miejscach, wszędzie mówili, że go nie widzieli. Słuch po nim zaginął. 
Po jakimś czasie ktoś przyjechał z Rudnika i poinformował, że w Rudniku w bunkrach wybudowanych przez Niemców trzymają więźniów. Niemcy trzymali tam wcześniej jeńców sowieckich, a gdy weszli Sowieci, to NKWD trzymało tam AK-owców. Udaliśmy się do Rudnika. Obserwowaliśmy obóz przez lornetkę z pobliskiego dom. Zauważyliśmy, że o godzinie 6 rano wyprowadzano losowo jeńców, w kalesonach, bardzo obrośniętych. Rozpoznaliśmy brata, z ogromną brodą. Nie było go już od 3 miesięcy.
Ojciec przygotował łapówkę, zabił świnię, uwędził szynkę, 5 kg kiełbasy, wziął 5 litrów bimbru. I pojechał do Rudnika. Wypytywał o brata Władka, mówili, że go tu nie ma. Tato znalazł inny sposób. Powiedział im, że to rozumie, bo sam był żołnierzem. Zostawił to wszystko co przywiózł ze sobą i wyszedł. Po dwóch tygodniach tych pięciu aresztowanych w Leżajsku wywieziono samochodem do lasu i kazano im uciekać. Innych pozostałych wywieziono na Sybir. Tych co wypuścili m. in. Władka wrócili piechotą do Leżajska. 
Któregoś dnia wybrałam się do bratowej i tak wieczorem lamentowałyśmy nad losem Władka, myślałyśmy, że on już nie żyje, że został zabity. W pewnym momencie usłyszałam drapanie w szybę. 
- Matko Boska, to twój Władek wrócił!- powiedziałam.
Ojciec podszedł do drzwi, otworzył je, ale Władek nie chciał wejść do środka, bo był brudny i zawszony. Powiedział, że w szopie się wymyje. Był grudzień, a on w łachmanach i boso, a nogi miał okręcone papierami i szmatami. Ostrzygł się, umył, ale nie chciał się pokazywać ludziom, po jakimś czasie wyjechał do Wrocławia do rodziny żony. Tam się nadal ukrywał. 

W roku 1945 uczęszczałam do ogólniaka. szkoła mieściła się w budynku, gdzie obecnie znajduje się Muzeum. Pewnego razu będąc w szkole przybiegł syn dyrektora Stanisława Gduli i mówi: 
"Są aresztowania, Podubna, Maruszak, Kwieciński i Krawczyk uciekajcie". Wyskoczyłyśmy przez okno, z tyłu budynku, na skarpę, każdy z nas uciekał w inną stronę. Przez jakiś czas ukrywałam się u koleżanki, ale ponieważ rodzina bała się, wyjechałam do Kuryłówki i znalazłam schronienie u pana Antoniego Górala. Przebywałam tam przez 2 tygodnie, potem trochę u znajomego Benia, a także u innych. Zdarzały się różne trudne sytuacje, ale najwyraźniej Opatrzność Boża czuwała nade mną. 
Przypomniało mi się jedno wydarzenie.
Dostałam polecenie, aby zza Sanu od pani Staroń przywieźć 4 pistolety i 10 granatów, bo spodziewano się tam rewizji i przeszukiwań domów. Pojechałam rowerem do promu. Przy promie było dużo sowieckiego wojska. Wsiadłam na prom razem z tymi sołdalcami. Jakiś oficer przepytywał mnie, gdzie jadę. Odpowiedziałam, że do młyna, by spytać, czy ziarno już jest zmielone. O nic więcej nie pytał. Wysiadłam na drugim brzegu Sanu, pojechałam najpierw do młyna, a następnie do pani Staroń. Sprawdzałam czymnie nikt nie śledzi. Nie zauważyłam nic podejrzanego. Zabrałam te granaty i pistolety. Granaty i 2 pistolety włożyłam do sznurkowej torby, torbę zawiesiłam na kierownicy roweru, 2 inne pistolety schowałam za paskiem pod płaszcz na plecach. Dojechałam do Sanu, na promie opierałam się o linę. Po chwili podszedł do mnie przewoźnik i po cichu powiedział, że pistolety wypychają mi płaszcz. Odsunęłam się. Kiedy wysiadłam na drugim brzegu rzeki w Starym Mieście podszedł do mnie oficer i kazał mi za nim iść do domu po prawej stronie drogi. Przepytano mnie jak się nazywam. Podałam im nazwisko koleżanki z liceum, zadzwonili do szkoły, dyrektor potwierdził, że taka uczennica jest. Mimo to trzymano mnie w tym domu przez całą noc, przez cały czas siedziałam z ukrytymi pistoletami po płaszczem. Oficer pytał mnie dlaczego się nie rozpłaszczę, ale narzekałam, że jest mi zimno.
Rower całą noc stał pod budynkiem, nawet nikt go nie ukradł, a przecież oni kradli wszystko co popadło. Rano mnie wypuścili i szczęśliwie dojechałam rowerem do punku. Partyzanci martwili się o mnie, nawet planowali akcję, żeby mnie odbić, a kiedy w końcu się pojawiłam, mówili, że to cud, że mnie nie zrewidowali, bo już bym nie żyła. 
Innym razem, gdy się ukrywałam dostałam wiadomość, że ma być obława. Mój szwagier, który był kolejarzem skierował mnie do swojego kolegi Chmury do Wólki Ogryzkowej. Tam pasłam krowy u pana Kubraka, którego nazywano 'Kułakiem'. Przebywali u niego partyzanci z oddziału 'Mewy'. Zarabiali na życie przy ścince drzewa w lesie. Ja pasłam na pastwisku krowy. Pewnego razu, gdy pasłam krowy, podjechał ktoś na rowerze i kazał nam uciekać, bo UB urządza na nas obławę. Jak się okazało to był ksiądz z Tryńczy. Kiedy uciekaliśmy, obserwował to zdarzenie z drzewa przez lornetkę 'Mewa', widział, jak UB otaczało pastwisko i wioskę. Noc spędziliśmy w ukryciu w kopkach siana.
Mimo, że byłam młoda, to byłam bardzo odważna.
Pamiętam sobie, że po akcji UB za Sanem przywieziono do Leżajska zabitych partyzantów, położono ich w trupiarni na cmentarzu. O północy wzięłam klucze od grabarza poszłam na cmentarz. Otworzyłam trupiarnię i sprawdzałam czy wśród zabitych nie ma tam mojego chłopaka. Było tam kilka bezwładnie leżących ciał, mojego narzeczonego ps. 'Metal' nie było. 
Po jakimś czasie przyjechał 'Siwy' i oświadczył, że załatwiony jest przerzut ludzi na Zachód. Mieli nas przerzucić przez 'zieloną granicę' do Niemiec.
'Siwy' i mój narzeczony ps. 'Metal' już wcześniej wyjechali szukać drogi przerzutu i ucieczki członków podziemia z tych terenów. 'Siwy' przyjeżdżał tu często, zabierał i wywoził broń od 'Śląskiego'. Przywiózł mi list od mojego narzeczonego. Zebrał ludzi, którzy chcieli wyjechać. W ustalonym dniu, wszyscy z bronią, nie kontaktując się ze sobą wsiedliśmy do pociągu, do ostatniego wagonu. Szczęśliwie dojechaliśmy do Gliwic. Zaprowadzono nas do punktu przerzutu, który mieścił się w opuszczonym niemieckim szpitalu na ulicy Kościuszki. Portierem był prawdopodobniej lekarz o nazwisku Czarniecki. Tam spotkałam znaną mi już wcześniej koleżankę Urszulę. Zdaliśmy dokumenty i mieliśmy otrzymać nowe. Te przerzuty organizował 'Malina', człowiek podziemia, ale zdrajca. Od Czarnieckiego dowiedziałam się, że mój narzeczony wyjechał z poprzednią grupą, półtora miesiąca wcześniej. Czarniecki dał im adres kontaktowy, na który mieli przesłać wiadomość gdy tylko szczęśliwie uda im się dotrzeć na miejsce. Do tej pory nie było żadnego odzewu, to jest dziwne -powiedział. Po latach dowiedziałam się od pułkownika Sochy, że wszystkich zamordowano. UB-owiec, który ich przesłuchiwał miał wiśniowe buty i ko... mojego narzeczonego. Buty oficerki z białą wykładką zrobił mój ojciec. Socha nas znał, więc bez trudu rozpoznał czyje są te buty.
Nasza 32-osobowa grupa miała wyjechać 12 września z innej ulicy. W wyznaczonym terminie podjechał 'Lublinek' z plandeką. wsadzono nas na pake, a gość z nowymi dokumentami wsiadł do szoferki. Jechaliśmy nocą, dość długo. Raptem na trasie oświetlono nas i wywiązała się strzelanina.Wszyscy zaczęli uciekać, wszystkich wystrzelano. Ja z Urszulą biegłyśmy na wprost strzelających, uciekłyśmy trzymając się za ręce. Mnie się udało, nie trafiła mnie żadna kula, natomiast Urszula miała postrzeloną rękę, strasznie krwawiła. Uciekałyśmy w pola, zmęczone zatrzymałyśmy się, nie wiadomo było gdzie po ciemku uciekać, opatrzyłam jej rękę, a o świcie, kierując się słońcem, szłyśmy cały dzień, polami w nieznanym kierunku. Bardzo zmęczone, ok. godz. 17 doszłyśmy do budynków. Zobaczyłyśmy grających chłopców, na pytania, odpowiadali ze złością po niemiecku. Idąc dalej, spotkałyśmy grupkę dzieci grających w klasy. Dowiedziałyśmy sie od nich, że dotarłyśmy do Gliwic, do ul. Tarnogórskiej. Skojarzyłam, że mieszkała tam znajoma z Leżajska dziewczyna o nazwisku Iwasiuk. Wyszła za mąż za repatrianta i oboje wyjechali do Gliwic. Chłopcy zaprowadzili nas do niej. Sprowadziła lekarza niemieckiego, opatrzył Urszuli ranę. Skontaktowałam się telefonicznie z portierem Czarnieckim. Był zdziwiony i spytał jakim cudem przeżyłyśmy, bo był przekonany, że wszystkich zabito, że nikt nie przeżył. Jak się po latach okazało, to przeżył również 'Siwy'. Był postrzelony kilkoma kulami, UB-owcy zabrali go i wyleczyli. Przesiedział w więzieniu 17 lat. Spotkałam go po latach, widziałam te jego rany. 
W Gliwicach przebywałyśmy jeszcze jakiś czas. Urszula postanowiła odwiedzić szpital, w którym byłyśmy przed wyjazdem. Już stamtąd nie wróciła. Po latach dowiedziałam się, że została zamordowana. 
Ja postanowiłam wrócić do Leżajska. Od pani Iwasiuk pożyczyłam pieniądze i wyjechałam, pomyślałam, że jeśli miałabym zostać zamordowana, to lepiej już umierać w Leżajsku. 
Po przyjeździe udałam się do Kuryłówki, gdzie w czasie wojny przez jakiś czas się ukrywałam. 
Pewnego dnia moje koleżanki odwiedziły mnie w Kuryłówce, zaproponowały mi inne miejsce kryjówki, w Leżajsku przy ul. Klasztornej, w domu, w którym mieszkał ociemniały ojciec i mieli swoją bibliotekę. Przeniosłam się tam. Odwiedzali nas partyzanci, szczególnie w święta, ale też kiedy zachodziła potrzeba. 
Pamiętam takie zdarzenie:
Przybyli do domu partyzanci, zostawili w jednym pokoju broń. W trakcie rozmowy zobaczyłam przez okno, że UB-owcy prowadzą N... i kierują się do naszego domu. Szybko uciekliśmy na strych, z odbezpieczonymi pistoletami wyczekiwaliśmy na to co się wydarzy. Córka tego pana Piegdonia, bardzo spokojnie przyjęła UB-owców, powiedziała im, że mieszka tylko z ociemniałym ojcem, że nie ma więcej nikogo w domu. Zdążyła zamknąć na klucz pokój, w którym były karabiny partyzantów. Na pytanie kto tam mieszka, odpowiedziała, 'to nie moje mieszkanie'. Odeszli. Wyjechała ponownie do Kuryłówki, a później do Rozwadowa. 
W międzyczasie dostałam list od Józka 'Wołyniak'. Miałam go przekazać do Kuryłówki. Gdy dojechałam do stacji w Leżajsku, natrafiłam na obławę, szukali mnie. Byłam ostatnią osobą do rozpoznania. W pewnym momencie przypadł do mnie SOK-ista, znał mnie i krzyknął:
- pociąg ci ucieka, a ty tu stoisz'! Złapał mnie i wsadził do pędzącego pociągu w kierunku Sarzyny, do ostatniego wagonu. Wysiadłam w Sarzynie,  przenocowałam u dyżurnego stacji, znajomego szwagra. Rano zadzwoniłam do szwagra, poinformował mnie, że w Leżajsku jest 36 samochodów wojskowych, że już trzykrotnie zatrzymywano moją kuzynkę, bo była do mnie podobna. 
Nawet nie myśl, żeby się tutaj pokazywać- powiedział. Ja jednak wróciła do Leżajsk, szłam torami piechotą, dotarłam do Czerwonego Wiaduktu i przedostałam się przez dziurę w płocie do siostry. Ukryłam się w porzeczkach, potem, gdy już byłam u niej w domu zobaczyłam 4 wojskowych idących na podwórze, wbiegłam szybko do przedpokoju, pod schodami na strych w do domu siostry był schowek na buty. Wyrzuciłam buty i tam się schowałam, zapierając drzwiczki. Wojskowi weszli, poprosili o wodę, pozaglądali po pokojach, nie zwrócili uwagi na porozrzucane pod schodami buty i wyszli. 
A ja wyruszyłam w drogę, z listem do pani Anny Staroń, do Kuryłówki. 
U pana Iwasiuka ukrywałam się 6 miesięcy. 
Zmęczona ciągłym ukrywaniem się, postanowiłam się ujawnić. 10 kwietnia poszłam na posterunek. Przecież nic takiego nie zrobiłam, nikogo nie okradłam, nikogo nie zabiłam, byłam tylko łączniczką, przekazywałam tylko meldunki.
Gdy przebywałam na posterunku i gdy wypisywano moje papiery, dostali meldunek, że w Giedlarowej okradziono skep. UBek miał tam pojechać, napisał odręcznie kartkę, kazał mi ją podbić u komendanta posterunku niejakiego Maja. 
Maj był bardzo na mnie zły, bo mu powiedziano, że to ja z Józiem 'Wołyniakiem' wjechałam do tego budynku na koniu i napchałam mu do gardła siana. To była nieprawda, bo, owszem, Józek wjechał tam na koniu, ale z inną dziewczyną, też blondynką. Józek wtedy trochę ich poprzestawiał i zrobił porządek.
W końcu z tą kartką do Maja nie poszłam. Poszła za mnie moja mama. Maj ze złości zrzucił ją ze schodów z pierwszego piętra. Po dziesięciu dniach ponownie poszłam się ujawnić. 
W czasie rozmowy zaproponowano mi współpracę z nimi, obiecując wspaniałe życie w Klubie Oficerów w Warszawie. Stanowczo odmawiałam. Tym razem, przebywając na posterunku zbeształam UB-eka pochodzenia żydowskiego, który chciał mi wyrwać z bluzy miniaturkę Orła Białego. To było dla nich upokarzające, bo nie mogli mnie złamać. 
Któregoś dnia po ujawnieniu, w 1948 r. dostałam wezwanie do Łańcuta. Miałam się zgłosić na komendę UB na godz. 9:00. Nie pojechałam.  Pojechała za mnie siostra. Okropnie się wściekali, że zamiast mnie przyjechała siostra. Trzymali ją do nocy. Nocą wywieźli ją do Rzeszowa i wypuścili. Siostra na piechotę przyszła do domu. 
Miałam dużo zdjęć rodzinnych. Gdy chodziłam do ogólniaka powklejałam je do albumu i wypisałam daty. Podczas rewizji zabrali wszystkie zdjęcia i już nigdy ich nie odzyskałam.
Po ujawnieniu w 1947 roku miałam problemy ze znalezieniem pracy, szukałam w Leżajsku i okolicy, ale niestety, nigdzie nie chcieli mnie zatrudnić, bo UB wszędzie mi blokowało.
Kuzynka mamy znalazła mi pracę w znanej firmie WEDEL, pracowałam przy pakowaniu cukierków. Po trzech miesiącach zwolniono mnie. Gdy zapytałam o powód, usłyszałam "siła wyższa". Przebywałam jeszcze jakiś czas w Warszawie, szukałam pracy, ale kiedy któregoś dnia dostałam telegram: 'Przyjeżdżaj, mama złamała nogę', wsiadłam do pociągu, tak jak byłam ubrana i bez biletu dojechałam do Leżajska. 
Na stację nikt po mnie nie wyszedł, od razu zorientowałam się, że coś jest nie tak. Okazało się, że mama była zdrowa, bardzo zaskoczył ją mój przyjazd. Może teściowa mojej siostry zachorowała, pomyślałam. Pojechałam do siostry rowerem, ale i tam wszystko było w porządku.  W drodze powrotnej do domu spotkałam chłopca, który powiedział mi, abym zgłosiła się na punkt kontaktowy konspiracji. Trochę zrezygnowana, nie miałam siły ani ochoty tam iść, ale w końcu poszłam. Okazało się, że potrzebna była pomoc, trzech partyzantów z oddziału Wołyniaka było rannych, jeden w brzuch, drugi w kolano, trzeci w ramię. Poprosiłam o pomoc Jasia Szymanika, jego brat był lekarzem wojskowym, mieszkał w Leżajsku. Opatrzył rannych, ale nakazał usunięcie ich z tego miejsca, bo on będzie musiał to zgłosić władzy. ten ranny w brzuch musiał być operowany przez chirurga. Przypomniałam sobie, że miałam znajomego chirurga , który pracował w szpitalu w Przeworsku. Nazywał się Mędoch. Sprowadziłam go do Leżajska, przyjechał z pielęgniarką, przeprowadzili operację, ale pojawił się kolejny problem, bo potrzebny był pilnie lek przeciw zakażeniu. Pociągu do Przeworska nie było, więc ta pielęgniarka Halina pojechała do Przeworska rowerem. Przywiozła penicylinę. 
Nie trzeba było długo czekać, już na drugi dzień UB urządziło obławę na to miejsce, gdzie lekarz wojskowy udzielał pomocy rannym partyzantom. Wyjaśniła się sprawa telegramu. Okazało się, że to koleżanka Iza, która pracowała na poczcie, na prośbę partyzantów sprowadziła mnie z Warszawy. Opiekowałam się partyzantami przez 3 dni, mama bardzo martwiła się o mnie, ale przekonałam się, że trzeba im pomóc. 
W tamtych czasach przez jakiś czas przebywałam również w Lublinie u jednej wdowy po partyzancie. Tam ukończyłam kurs maszynopisania. Przy okazji poznałam Wandę, która miała brata na stanowisku Wojewody Lubelskiego. Jednak i w Lublinie mnie odnaleźli, musiałam wracać do Leżajska. Pojechałam jednak do Wrocławia szukać pracy. Zatrzymałam się u znajomej koleżanki. Wieczorem poszłam do kina. Gdy stałam w kolejce zauważyła, że ktoś mi się przygląda. Nie mogłam sobie przypomnieć skąd ja znam tego mężczyznę. Po chwili podszedł do mnie i powiedział:
- Przypomina sobie pani tego pracownika UB w Leżajsku, który wypisywał pani ujawnienie? To ja jestem. Co pani tu robi? - zapytał
-szukam pracy.
Dobrze pani zrobiła, że wyjechała z tego grajdołka, bo tam by panią wykończyli. Ja pani pomogę. Jestem szefem UB we Wrocławiu.
Na drugi dzień zostałam przyjęta, jako bileterka w tym kinie. Pracowałam przez jakiś czas, ale nie długo, bo znowu mnie tam znaleźli. Musiałam wracać do Leżajska. Tu, jak zwykle byłam zamykana na wszystkie kościelne święta, a nawet na 22 lipca. Ludzie szli do kościoła, a milicjanci z paskami pod brodą prowadzili mnie do aresztu. Potem przeczuwając kolejne aresztowania, już wcześniej gdzieś wyjeżdżałam. Była już tym zmęczona. 
Mój szwagier załatwił mi pracę na kolei w Rozwadowie. Pracowałam dopóki mnie UB nie usunęło z 'przyczyn wyższych'. Znowu byłam bez pracy.
W tych latach w Leżajsku przebywało wielu repatriantów. 
Po namowie rodziny, że gdy wyjdę za mąż to może wreszcie dadzą mi spokój, w dniu 10 kwietnia 1950 roku wyszłam za mąż za Tadeusza Wagnera. Pochodził ze Lwowa. Zamieszkałam u teściów. 
Po 13 czerwca 1950 roku w okolicach Leżajska angielskie samoloty rozrzuciły na spadochronach ogromne ilości ulotek. Rozpoczęła się wtedy wojna w Korei. Po tym incydencie UB już znowu mnie poszukiwali. Czterech UB-owców przyszło po mnie we czwartek o godz. 22:00, mimo protestów rodziny zabrali mnie na posterunek. Po drodze spotkałam męża, zapytał mnie gdzie idę, a ja mu na to: 'zapytaj tych panów'.
Trzymano mnie tam całą noc, a na drugi dzień o 13:00 wywieźli mnie do Niska, do aresztu śledczego. Przesiedziałam tam 6 tygodni. Karmili mnie słonymi śledziami. Chcieli mnie złamać i podsuwali mi kartki, abym wszystko napisała. 
Widziałam tam katowanych więźniów i wielką tragedię polskich patriotów. Widziałam skatowaną kobietę w 8 miesiącu ciąży, miała rozbitą głowę i okropnie krwawiła. Po 6 tygodniach, 'Lublinkiem', w 9-osobowej grupie zawieziono nas do Rzeszowa na Jagielońską. Byli tam ze mną m. in. 'Długi', Staszek 'Działo', Juniek Ciszek i ja, jako jeyna kobieta. Przed budynkiem UB wyrzucono trzech, a nas pozostałych wywieziono do Łańcuta. Tam znowu przesiedziałam 6 tygodni. Przez cały czas straszono mnie i przesłuchiwano. Przeszłam ogromne tortury. 
Stosowano np. usadzenie więźnia na nodze od tabotera i świecenie mu 500 watową żarówką w oczy. Innym była gra w piłkę. Stawało kilku oprawców w kółko i jeden drugiwmu popychał więźnia, aż ofiara padła. 
W czasie tych tortur poroniłam, byłam w czwartym miesiącu ciąży. 
Potem odbył się proces w Sądzie Wojskowym w Rzeszowie. Żaden z prywatych adwokatów nie chciał mnie bronić. Wszyscy się bali. Oskarżał mnie młody prokurator, który nie miał nic zapisane w akcie oskarżenia. Milczał, gdy prosiłam go o odczytanie oskarżenia. Dostałam wyrok 5,5 roku więzienia. Zawieziono mnie do Fordonu, do więzienia karnego przeznaczonego dla kobiet. Więzione tam były również moje koleżanki z Leżajska. 
Co tam przeżyłam, to tylko Bóg wie i ja i te co tam ze mną były. Przez cały czas pobytu namawiano mnie do współpracy, obiecując 'złote góry'. Stanowczo im odmawiałam. Podpadłam pewnego razu za to, że wygarnęłam naszym prześladowcom prawdę o Sowietach, co wyrabiali z naszymi rodzinami i z naszym narodem, bo doświadczyłam tego sama.
Przebywając w więzieniu, przez cały czas miałam ze sobą książeczkę do nabożeństwa ' Kwiat Eucharystyczny'. Włożyła mi ją matka w czasie aresztowania. Udało mi się ją przemycić. Trzymałam ją w schowku - wyciętych kartkach 'Żołnierza Polskiego'. 
Przebywając w 30. osobowej sali, modliłyśmy się wszystkie. 
W każdą niedzielę jedna stawała w drzwiach, zasłaniając judasza, a ja recytowałam teksty Mszy Świetej z modlitewnika. Ten modlitewnik znałam na pamięć. On był dla nas wsparciem duchowym. On był naszą nadzieją w chwilach zwątpienia. On był naszą ucieczką w modlitwach do Boga. On był dla nas wolnością ducha.
Po trzech latach pobytu w Fordonie, 25 więźniarek przewieziono do Tarnowa. Wśród nich byłam i ja. To więzienie było o łagodniejszym rygorze, a więzione były tam więźniarki o niskich wyrokach. 
Po odsiedzeniu jednego roku w Tarnowie, wyszłam na wolność w 1955 roku na warunkowe zwolnienie. Przez cały rok, co sobotę musiałam zgłaszać się na posterunek milicji.
Pewnego razu wyjechałam z teściową na badania lekarskie do Krakowa i zapomniałam się zameldować. To pojechał za nami milicjant i pytał dlaczego się nie zameldowałam. 
Takie to było moje życie. 
Niedawno temu przybył do mnie prokurator z IPN i pytał czy bym nie chciała poznać akta i ludzi, którzy na mnie donosili. Wiedziałam, że donosili, bo przecież, gdzie tylko się zatrzymałam, to UB od razu o tym wiedziało. Te wiadomości przekazywał im ktoś z najbliższej rodziny. Ja się tego domyślałam. Dziś, po tylu latach, nie chcę tego znać po raz drugi. Tym bardziej, że te osoby, o których przypuszczałam, że donosili, już nie żyją. Bóg ich z tego rozliczył. 
Ja natomiast chcę w spokoju dożyć swoich dni. To, co przeżyłam, co wycierpiałam i ile wylałam łez i goryczy świat nie zobaczy, lecz Bób rozliczy.

Niech te moje wspomnienia będą świadectwem cierpienia wielu prawych Polaków i wspaniałych patriotów. Niech będą świadectwem zbrodni, jakich dokonali komuniści na polskim narodzie. 
Teraz już wielu zdarzeń nie pamiętam i może tak chronologicznie i dokładnie nie przekazałam. Przekazałam natomiast całą prawdę o tym, co przeżyłam.

Dziś należę do Światowego Związku Armii Krajowej. Po latach, symbolicznie mój wkład w walkę o niepodległość Ojczyzny został doceniony.
Otrzymałam:
20 kwietnia 1996 - Odznakę Weterana Walk o Niepodległość
23 kwietnia 1996 - Krzyż Armii Krajowej
24 czerwca 1996 - Krzyż Narodowego Czynu Zbrojnego
 4 lipca 1998 - Krzyż Więźnia Politycznego
20 sierpnia 1998 - Krzyż Niezłomnych
Józefa Wagner - Podubny
spisał Wincenty Pażyra, 25 listopada 2007 roku.

cdn
Zdjęcia Józefy Podubny Wagner z albumu rodzinnego Małgorzaty Ożóg







***
5 czerwca odbyła się promocja książki Szymona Nowaka 'Dziewczyny wyklete 2'. Autor opisał w formie zbeletryzowanej historię Józefy Wagner.
Film ze spotkania:








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...