piątek, 10 kwietnia 2015

Wagner (z d. Podubny) Józefa (1928-2015)

Niech te moje wspomnienia będą świadectwem cierpienia wielu prawych Polaków i wspaniałych patriotów. Niech będą świadectwem zbrodni, jakich dokonali komuniści na polskim narodzie. 
Teraz już wielu zdarzeń nie pamiętam i może tak chronologicznie i dokładnie nie przekazałam. Przekazałam natomiast całą prawdę o tym, co przeżyłam - 
tak podsumowała swoje wspomnienia pani Józefa Wagner z d. Podubny ps. "Baśka" - "Ziuta", członek Armii Krajowej placówki "Śląskiego" w Leżajsku. 

9 kwietnia 2015 roku zmarła Józefa Wagner z d. Podubny. Przeżyła 87 lat.





Wspomnienia pani Józefy Wagner spisał w dniu 25 listopada 2007 roku pan Wincenty Pażyra z Nowej Sarzyny. Spisał i opracował w formie książeczki. 
Pan Wincenty Pażyra przesłał mi te wspomnienia pocztą, zaledwie kilka dni temu, poprosił, żebym je wykorzystała. Pani Józefa jeszcze wówczas żyła. 

 tree

Przeczytałam ze wzruszeniem i jednocześnie z niedowierzaniem, że tak mogło wyglądać życie kobiety, która przeżyła wojnę i nie miała okazji cieszyć się wolnością. 


Oto wspomnienia pani Józefy Podubny-Wagner.

Moje wspomnienia rozpocznę od historii życia mojego ojca. Ojciec mój był zawodowym wojskowym w Wojsku Rosyjskim. W 1910 roku przyjechał wraz z ordynansem, z pismem do Starego Miasta, leżącego przy granicy. Do Rosji już nie wrócił, gdyż zorientował się, że wybuchnie rewolucja. Przekroczył granicę i udał się na Śląsk do Katowic. Tam obaj pracowali w kopalni, ale każdy w innym miejscu. Ordynansa w czasie szychty zasypało. Przestraszony ojciec wyjechał z Katowic. Przybył w te strony, podjął pracę w cegielni, początkowo w Brzózie Królewskiej, a następnie w Leżajsku u Makosika i Zawilskiego.
Tu poznał moją mamę i po takich prawnych perypetiach ożenił się z nią. 
Ja urodziłam się 13 lutego 1928 roku w Leżajsku, przy ul. Opalińskiego, niedaleko lasu.
Nasza rodzina była bardzo patriotyczna. Starszy brat i siostra jeszcze przed wojną należeli do Drużyny Strzeleckiej, a ja do Harcerstwa.
Brat już od początku II wojny należał do Związku walki Zbrojnej.
Mieszkaliśmy na uboczu, więc tu odbywały się szkolenia młodych członków organizacji podziemnej. Szkolił ich mój brat i inni. Ja wtedy stałam na czatach, ponieważ wcześniej, jako małoletnia złożyłam na ręce dowódcy przysięgę harcerską na Harcerskie Słowo Honoru Harcerstwa Polskiego. Brat należał do Oddziału Więcława ps. "Śląski".
Przed wojną uczęszczałam do szkoły podstawowej, a wczasie okupacji do Szkoły Handlowej w Leżajsku.
Po złożeniu przysięgi uczestniczyłam w konspiracji, przeważnie jako kurierka.
Przypomniałam sobie, że pewnego razu dostałam polecenie od 'Śląskiego', aby przenieść dokumenty do Ulanowa. Pojechałam pociągiem do Rudnika. Tu wysiadłam i udałam się w kierunku Sanu i przez 3 dni czekałam obserwując rzekę, gdyż Niemcy robili pomiary. Zatrzymałam się u pewnej pani, jej syn również działał w konspiracji. W wodzie miał zatopioną łódkę, a sam ukrył się w zaroślach nad Sanem, obserwując Niemców. Po 3 dniach wypłynęliśmy łódką i będąc już przy drugim brzegu, ostrzelali nas Niemcy. Ten meldunek przekazałam w sklepie pani Pustarczykowej, o ile się nie mylę. Po paru dniach powróciłam do Leżajska.
W naszym domu często przebywali partyzanci z oddziału 'Ojca Jana' i 'Mewy'. Przybywali tu, aby się umyć, ostrzyc, zjeść, odpocząć, a nawet wypić. Nasz dom, jak już wspominałam był usytuowany w dobrym miejscu, blisko lasu.
brat dostał za działalność konspiracyjną odznaczenie z Anglii w 1943 roku.
W 1944 roku, 10 września ożenił się i zamieszkał u żony w Leżajsku.
Sowieci do Leżajska weszli 17 lipca 1944 r. i znowu zaczęła się nowa okupacja. Ojciec robił wszystko, aby utrzymać rodzinę na jako takim poziomie. Potrafił wykonywać wiele rzeczy, pędził też bimber.  NKWD-owcy, którzy stacjonowali w Leżajsku pili notorycznie. Przychodzili do nas, aby popić.
Pewnego razu przyszedł do nas brat i pił z tymi Sowietami. Ja, będąc w tym pomieszczeniu, zauważyłam przez okno, że zbliża się do nas trochę wystraszona bratowa. Niepostrzeżenie wyszłam na pole, bratowa powiedziała mi, że NKWD aresztuje niektórych członków podziemia, że byli u niej w domu, szukali brata i zrobili rewizję. Znaleźli mały pistolecik, który ofiarował jej w czasie ślubu Józek 'Wołyniak'. Zdemolowali dom, zniszczyli wszystko co w domu było. 
Weszłam z powrotem do domu, chciałam brata ostrzec, mówiąc mu, że chcę się o coś zapytać, jednak podejrzliwi NKWD-owcy coś wywęszyli i nie pozwolili mi z nim porozmawiać, zabrali ze sobą brata i poszli gdzieś w nieznane. Ojciec próbował odszukać ich, na komendzie i w różnych miejscach, wszędzie mówili, że go nie widzieli. Słuch po nim zaginął. 
Po jakimś czasie ktoś przyjechał z Rudnika i poinformował, że w Rudniku w bunkrach wybudowanych przez Niemców trzymają więźniów. Niemcy trzymali tam wcześniej jeńców sowieckich, a gdy weszli Sowieci, to NKWD trzymało tam AK-owców. Udaliśmy się do Rudnika. Obserwowaliśmy obóz przez lornetkę z pobliskiego dom. Zauważyliśmy, że o godzinie 6 rano wyprowadzano losowo jeńców, w kalesonach, bardzo obrośniętych. Rozpoznaliśmy brata, z ogromną brodą. Nie było go już od 3 miesięcy.
Ojciec przygotował łapówkę, zabił świnię, uwędził szynkę, 5 kg kiełbasy, wziął 5 litrów bimbru. I pojechał do Rudnika. Wypytywał o brata Władka, mówili, że go tu nie ma. Tato znalazł inny sposób. Powiedział im, że to rozumie, bo sam był żołnierzem. Zostawił to wszystko co przywiózł ze sobą i wyszedł. Po dwóch tygodniach tych pięciu aresztowanych w Leżajsku wywieziono samochodem do lasu i kazano im uciekać. Innych pozostałych wywieziono na Sybir. Tych co wypuścili m. in. Władka wrócili piechotą do Leżajska. 
Któregoś dnia wybrałam się do bratowej i tak wieczorem lamentowałyśmy nad losem Władka, myślałyśmy, że on już nie żyje, że został zabity. W pewnym momencie usłyszałam drapanie w szybę. 
- Matko Boska, to twój Władek wrócił!- powiedziałam.
Ojciec podszedł do drzwi, otworzył je, ale Władek nie chciał wejść do środka, bo był brudny i zawszony. Powiedział, że w szopie się wymyje. Był grudzień, a on w łachmanach i boso, a nogi miał okręcone papierami i szmatami. Ostrzygł się, umył, ale nie chciał się pokazywać ludziom, po jakimś czasie wyjechał do Wrocławia do rodziny żony. Tam się nadal ukrywał. 

W roku 1945 uczęszczałam do ogólniaka. szkoła mieściła się w budynku, gdzie obecnie znajduje się Muzeum. Pewnego razu będąc w szkole przybiegł syn dyrektora Stanisława Gduli i mówi: 
"Są aresztowania, Podubna, Maruszak, Kwieciński i Krawczyk uciekajcie". Wyskoczyłyśmy przez okno, z tyłu budynku, na skarpę, każdy z nas uciekał w inną stronę. Przez jakiś czas ukrywałam się u koleżanki, ale ponieważ rodzina bała się, wyjechałam do Kuryłówki i znalazłam schronienie u pana Antoniego Górala. Przebywałam tam przez 2 tygodnie, potem trochę u znajomego Benia, a także u innych. Zdarzały się różne trudne sytuacje, ale najwyraźniej Opatrzność Boża czuwała nade mną. 
Przypomniało mi się jedno wydarzenie.
Dostałam polecenie, aby zza Sanu od pani Staroń przywieźć 4 pistolety i 10 granatów, bo spodziewano się tam rewizji i przeszukiwań domów. Pojechałam rowerem do promu. Przy promie było dużo sowieckiego wojska. Wsiadłam na prom razem z tymi sołdalcami. Jakiś oficer przepytywał mnie, gdzie jadę. Odpowiedziałam, że do młyna, by spytać, czy ziarno już jest zmielone. O nic więcej nie pytał. Wysiadłam na drugim brzegu Sanu, pojechałam najpierw do młyna, a następnie do pani Staroń. Sprawdzałam czymnie nikt nie śledzi. Nie zauważyłam nic podejrzanego. Zabrałam te granaty i pistolety. Granaty i 2 pistolety włożyłam do sznurkowej torby, torbę zawiesiłam na kierownicy roweru, 2 inne pistolety schowałam za paskiem pod płaszcz na plecach. Dojechałam do Sanu, na promie opierałam się o linę. Po chwili podszedł do mnie przewoźnik i po cichu powiedział, że pistolety wypychają mi płaszcz. Odsunęłam się. Kiedy wysiadłam na drugim brzegu rzeki w Starym Mieście podszedł do mnie oficer i kazał mi za nim iść do domu po prawej stronie drogi. Przepytano mnie jak się nazywam. Podałam im nazwisko koleżanki z liceum, zadzwonili do szkoły, dyrektor potwierdził, że taka uczennica jest. Mimo to trzymano mnie w tym domu przez całą noc, przez cały czas siedziałam z ukrytymi pistoletami po płaszczem. Oficer pytał mnie dlaczego się nie rozpłaszczę, ale narzekałam, że jest mi zimno.
Rower całą noc stał pod budynkiem, nawet nikt go nie ukradł, a przecież oni kradli wszystko co popadło. Rano mnie wypuścili i szczęśliwie dojechałam rowerem do punku. Partyzanci martwili się o mnie, nawet planowali akcję, żeby mnie odbić, a kiedy w końcu się pojawiłam, mówili, że to cud, że mnie nie zrewidowali, bo już bym nie żyła. 
Innym razem, gdy się ukrywałam dostałam wiadomość, że ma być obława. Mój szwagier, który był kolejarzem skierował mnie do swojego kolegi Chmury do Wólki Ogryzkowej. Tam pasłam krowy u pana Kubraka, którego nazywano 'Kułakiem'. Przebywali u niego partyzanci z oddziału 'Mewy'. Zarabiali na życie przy ścince drzewa w lesie. Ja pasłam na pastwisku krowy. Pewnego razu, gdy pasłam krowy, podjechał ktoś na rowerze i kazał nam uciekać, bo UB urządza na nas obławę. Jak się okazało to był ksiądz z Tryńczy. Kiedy uciekaliśmy, obserwował to zdarzenie z drzewa przez lornetkę 'Mewa', widział, jak UB otaczało pastwisko i wioskę. Noc spędziliśmy w ukryciu w kopkach siana.
Mimo, że byłam młoda, to byłam bardzo odważna.
Pamiętam sobie, że po akcji UB za Sanem przywieziono do Leżajska zabitych partyzantów, położono ich w trupiarni na cmentarzu. O północy wzięłam klucze od grabarza poszłam na cmentarz. Otworzyłam trupiarnię i sprawdzałam czy wśród zabitych nie ma tam mojego chłopaka. Było tam kilka bezwładnie leżących ciał, mojego narzeczonego ps. 'Metal' nie było. 
Po jakimś czasie przyjechał 'Siwy' i oświadczył, że załatwiony jest przerzut ludzi na Zachód. Mieli nas przerzucić przez 'zieloną granicę' do Niemiec.
'Siwy' i mój narzeczony ps. 'Metal' już wcześniej wyjechali szukać drogi przerzutu i ucieczki członków podziemia z tych terenów. 'Siwy' przyjeżdżał tu często, zabierał i wywoził broń od 'Śląskiego'. Przywiózł mi list od mojego narzeczonego. Zebrał ludzi, którzy chcieli wyjechać. W ustalonym dniu, wszyscy z bronią, nie kontaktując się ze sobą wsiedliśmy do pociągu, do ostatniego wagonu. Szczęśliwie dojechaliśmy do Gliwic. Zaprowadzono nas do punktu przerzutu, który mieścił się w opuszczonym niemieckim szpitalu na ulicy Kościuszki. Portierem był prawdopodobniej lekarz o nazwisku Czarniecki. Tam spotkałam znaną mi już wcześniej koleżankę Urszulę. Zdaliśmy dokumenty i mieliśmy otrzymać nowe. Te przerzuty organizował 'Malina', człowiek podziemia, ale zdrajca. Od Czarnieckiego dowiedziałam się, że mój narzeczony wyjechał z poprzednią grupą, półtora miesiąca wcześniej. Czarniecki dał im adres kontaktowy, na który mieli przesłać wiadomość gdy tylko szczęśliwie uda im się dotrzeć na miejsce. Do tej pory nie było żadnego odzewu, to jest dziwne -powiedział. Po latach dowiedziałam się od pułkownika Sochy, że wszystkich zamordowano. UB-owiec, który ich przesłuchiwał miał wiśniowe buty i ko... mojego narzeczonego. Buty oficerki z białą wykładką zrobił mój ojciec. Socha nas znał, więc bez trudu rozpoznał czyje są te buty.
Nasza 32-osobowa grupa miała wyjechać 12 września z innej ulicy. W wyznaczonym terminie podjechał 'Lublinek' z plandeką. wsadzono nas na pake, a gość z nowymi dokumentami wsiadł do szoferki. Jechaliśmy nocą, dość długo. Raptem na trasie oświetlono nas i wywiązała się strzelanina.Wszyscy zaczęli uciekać, wszystkich wystrzelano. Ja z Urszulą biegłyśmy na wprost strzelających, uciekłyśmy trzymając się za ręce. Mnie się udało, nie trafiła mnie żadna kula, natomiast Urszula miała postrzeloną rękę, strasznie krwawiła. Uciekałyśmy w pola, zmęczone zatrzymałyśmy się, nie wiadomo było gdzie po ciemku uciekać, opatrzyłam jej rękę, a o świcie, kierując się słońcem, szłyśmy cały dzień, polami w nieznanym kierunku. Bardzo zmęczone, ok. godz. 17 doszłyśmy do budynków. Zobaczyłyśmy grających chłopców, na pytania, odpowiadali ze złością po niemiecku. Idąc dalej, spotkałyśmy grupkę dzieci grających w klasy. Dowiedziałyśmy sie od nich, że dotarłyśmy do Gliwic, do ul. Tarnogórskiej. Skojarzyłam, że mieszkała tam znajoma z Leżajska dziewczyna o nazwisku Iwasiuk. Wyszła za mąż za repatrianta i oboje wyjechali do Gliwic. Chłopcy zaprowadzili nas do niej. Sprowadziła lekarza niemieckiego, opatrzył Urszuli ranę. Skontaktowałam się telefonicznie z portierem Czarnieckim. Był zdziwiony i spytał jakim cudem przeżyłyśmy, bo był przekonany, że wszystkich zabito, że nikt nie przeżył. Jak się po latach okazało, to przeżył również 'Siwy'. Był postrzelony kilkoma kulami, UB-owcy zabrali go i wyleczyli. Przesiedział w więzieniu 17 lat. Spotkałam go po latach, widziałam te jego rany. 
W Gliwicach przebywałyśmy jeszcze jakiś czas. Urszula postanowiła odwiedzić szpital, w którym byłyśmy przed wyjazdem. Już stamtąd nie wróciła. Po latach dowiedziałam się, że została zamordowana. 
Ja postanowiłam wrócić do Leżajska. Od pani Iwasiuk pożyczyłam pieniądze i wyjechałam, pomyślałam, że jeśli miałabym zostać zamordowana, to lepiej już umierać w Leżajsku. 
Po przyjeździe udałam się do Kuryłówki, gdzie w czasie wojny przez jakiś czas się ukrywałam. 
Pewnego dnia moje koleżanki odwiedziły mnie w Kuryłówce, zaproponowały mi inne miejsce kryjówki, w Leżajsku przy ul. Klasztornej, w domu, w którym mieszkał ociemniały ojciec i mieli swoją bibliotekę. Przeniosłam się tam. Odwiedzali nas partyzanci, szczególnie w święta, ale też kiedy zachodziła potrzeba. 
Pamiętam takie zdarzenie:
Przybyli do domu partyzanci, zostawili w jednym pokoju broń. W trakcie rozmowy zobaczyłam przez okno, że UB-owcy prowadzą N... i kierują się do naszego domu. Szybko uciekliśmy na strych, z odbezpieczonymi pistoletami wyczekiwaliśmy na to co się wydarzy. Córka tego pana Piegdonia, bardzo spokojnie przyjęła UB-owców, powiedziała im, że mieszka tylko z ociemniałym ojcem, że nie ma więcej nikogo w domu. Zdążyła zamknąć na klucz pokój, w którym były karabiny partyzantów. Na pytanie kto tam mieszka, odpowiedziała, 'to nie moje mieszkanie'. Odeszli. Wyjechała ponownie do Kuryłówki, a później do Rozwadowa. 
W międzyczasie dostałam list od Józka 'Wołyniak'. Miałam go przekazać do Kuryłówki. Gdy dojechałam do stacji w Leżajsku, natrafiłam na obławę, szukali mnie. Byłam ostatnią osobą do rozpoznania. W pewnym momencie przypadł do mnie SOK-ista, znał mnie i krzyknął:
- pociąg ci ucieka, a ty tu stoisz'! Złapał mnie i wsadził do pędzącego pociągu w kierunku Sarzyny, do ostatniego wagonu. Wysiadłam w Sarzynie,  przenocowałam u dyżurnego stacji, znajomego szwagra. Rano zadzwoniłam do szwagra, poinformował mnie, że w Leżajsku jest 36 samochodów wojskowych, że już trzykrotnie zatrzymywano moją kuzynkę, bo była do mnie podobna. 
Nawet nie myśl, żeby się tutaj pokazywać- powiedział. Ja jednak wróciła do Leżajsk, szłam torami piechotą, dotarłam do Czerwonego Wiaduktu i przedostałam się przez dziurę w płocie do siostry. Ukryłam się w porzeczkach, potem, gdy już byłam u niej w domu zobaczyłam 4 wojskowych idących na podwórze, wbiegłam szybko do przedpokoju, pod schodami na strych w do domu siostry był schowek na buty. Wyrzuciłam buty i tam się schowałam, zapierając drzwiczki. Wojskowi weszli, poprosili o wodę, pozaglądali po pokojach, nie zwrócili uwagi na porozrzucane pod schodami buty i wyszli. 
A ja wyruszyłam w drogę, z listem do pani Anny Staroń, do Kuryłówki. 
U pana Iwasiuka ukrywałam się 6 miesięcy. 
Zmęczona ciągłym ukrywaniem się, postanowiłam się ujawnić. 10 kwietnia poszłam na posterunek. Przecież nic takiego nie zrobiłam, nikogo nie okradłam, nikogo nie zabiłam, byłam tylko łączniczką, przekazywałam tylko meldunki.
Gdy przebywałam na posterunku i gdy wypisywano moje papiery, dostali meldunek, że w Giedlarowej okradziono skep. UBek miał tam pojechać, napisał odręcznie kartkę, kazał mi ją podbić u komendanta posterunku niejakiego Maja. 
Maj był bardzo na mnie zły, bo mu powiedziano, że to ja z Józiem 'Wołyniakiem' wjechałam do tego budynku na koniu i napchałam mu do gardła siana. To była nieprawda, bo, owszem, Józek wjechał tam na koniu, ale z inną dziewczyną, też blondynką. Józek wtedy trochę ich poprzestawiał i zrobił porządek.
W końcu z tą kartką do Maja nie poszłam. Poszła za mnie moja mama. Maj ze złości zrzucił ją ze schodów z pierwszego piętra. Po dziesięciu dniach ponownie poszłam się ujawnić. 
W czasie rozmowy zaproponowano mi współpracę z nimi, obiecując wspaniałe życie w Klubie Oficerów w Warszawie. Stanowczo odmawiałam. Tym razem, przebywając na posterunku zbeształam UB-eka pochodzenia żydowskiego, który chciał mi wyrwać z bluzy miniaturkę Orła Białego. To było dla nich upokarzające, bo nie mogli mnie złamać. 
Któregoś dnia po ujawnieniu, w 1948 r. dostałam wezwanie do Łańcuta. Miałam się zgłosić na komendę UB na godz. 9:00. Nie pojechałam.  Pojechała za mnie siostra. Okropnie się wściekali, że zamiast mnie przyjechała siostra. Trzymali ją do nocy. Nocą wywieźli ją do Rzeszowa i wypuścili. Siostra na piechotę przyszła do domu. 
Miałam dużo zdjęć rodzinnych. Gdy chodziłam do ogólniaka powklejałam je do albumu i wypisałam daty. Podczas rewizji zabrali wszystkie zdjęcia i już nigdy ich nie odzyskałam.
Po ujawnieniu w 1947 roku miałam problemy ze znalezieniem pracy, szukałam w Leżajsku i okolicy, ale niestety, nigdzie nie chcieli mnie zatrudnić, bo UB wszędzie mi blokowało.
Kuzynka mamy znalazła mi pracę w znanej firmie WEDEL, pracowałam przy pakowaniu cukierków. Po trzech miesiącach zwolniono mnie. Gdy zapytałam o powód, usłyszałam "siła wyższa". Przebywałam jeszcze jakiś czas w Warszawie, szukałam pracy, ale kiedy któregoś dnia dostałam telegram: 'Przyjeżdżaj, mama złamała nogę', wsiadłam do pociągu, tak jak byłam ubrana i bez biletu dojechałam do Leżajska. 
Na stację nikt po mnie nie wyszedł, od razu zorientowałam się, że coś jest nie tak. Okazało się, że mama była zdrowa, bardzo zaskoczył ją mój przyjazd. Może teściowa mojej siostry zachorowała, pomyślałam. Pojechałam do siostry rowerem, ale i tam wszystko było w porządku.  W drodze powrotnej do domu spotkałam chłopca, który powiedział mi, abym zgłosiła się na punkt kontaktowy konspiracji. Trochę zrezygnowana, nie miałam siły ani ochoty tam iść, ale w końcu poszłam. Okazało się, że potrzebna była pomoc, trzech partyzantów z oddziału Wołyniaka było rannych, jeden w brzuch, drugi w kolano, trzeci w ramię. Poprosiłam o pomoc Jasia Szymanika, jego brat był lekarzem wojskowym, mieszkał w Leżajsku. Opatrzył rannych, ale nakazał usunięcie ich z tego miejsca, bo on będzie musiał to zgłosić władzy. ten ranny w brzuch musiał być operowany przez chirurga. Przypomniałam sobie, że miałam znajomego chirurga , który pracował w szpitalu w Przeworsku. Nazywał się Mędoch. Sprowadziłam go do Leżajska, przyjechał z pielęgniarką, przeprowadzili operację, ale pojawił się kolejny problem, bo potrzebny był pilnie lek przeciw zakażeniu. Pociągu do Przeworska nie było, więc ta pielęgniarka Halina pojechała do Przeworska rowerem. Przywiozła penicylinę. 
Nie trzeba było długo czekać, już na drugi dzień UB urządziło obławę na to miejsce, gdzie lekarz wojskowy udzielał pomocy rannym partyzantom. Wyjaśniła się sprawa telegramu. Okazało się, że to koleżanka Iza, która pracowała na poczcie, na prośbę partyzantów sprowadziła mnie z Warszawy. Opiekowałam się partyzantami przez 3 dni, mama bardzo martwiła się o mnie, ale przekonałam się, że trzeba im pomóc. 
W tamtych czasach przez jakiś czas przebywałam również w Lublinie u jednej wdowy po partyzancie. Tam ukończyłam kurs maszynopisania. Przy okazji poznałam Wandę, która miała brata na stanowisku Wojewody Lubelskiego. Jednak i w Lublinie mnie odnaleźli, musiałam wracać do Leżajska. Pojechałam jednak do Wrocławia szukać pracy. Zatrzymałam się u znajomej koleżanki. Wieczorem poszłam do kina. Gdy stałam w kolejce zauważyła, że ktoś mi się przygląda. Nie mogłam sobie przypomnieć skąd ja znam tego mężczyznę. Po chwili podszedł do mnie i powiedział:
- Przypomina sobie pani tego pracownika UB w Leżajsku, który wypisywał pani ujawnienie? To ja jestem. Co pani tu robi? - zapytał
-szukam pracy.
Dobrze pani zrobiła, że wyjechała z tego grajdołka, bo tam by panią wykończyli. Ja pani pomogę. Jestem szefem UB we Wrocławiu.
Na drugi dzień zostałam przyjęta, jako bileterka w tym kinie. Pracowałam przez jakiś czas, ale nie długo, bo znowu mnie tam znaleźli. Musiałam wracać do Leżajska. Tu, jak zwykle byłam zamykana na wszystkie kościelne święta, a nawet na 22 lipca. Ludzie szli do kościoła, a milicjanci z paskami pod brodą prowadzili mnie do aresztu. Potem przeczuwając kolejne aresztowania, już wcześniej gdzieś wyjeżdżałam. Była już tym zmęczona. 
Mój szwagier załatwił mi pracę na kolei w Rozwadowie. Pracowałam dopóki mnie UB nie usunęło z 'przyczyn wyższych'. Znowu byłam bez pracy.
W tych latach w Leżajsku przebywało wielu repatriantów. 
Po namowie rodziny, że gdy wyjdę za mąż to może wreszcie dadzą mi spokój, w dniu 10 kwietnia 1950 roku wyszłam za mąż za Tadeusza Wagnera. Pochodził ze Lwowa. Zamieszkałam u teściów. 
Po 13 czerwca 1950 roku w okolicach Leżajska angielskie samoloty rozrzuciły na spadochronach ogromne ilości ulotek. Rozpoczęła się wtedy wojna w Korei. Po tym incydencie UB już znowu mnie poszukiwali. Czterech UB-owców przyszło po mnie we czwartek o godz. 22:00, mimo protestów rodziny zabrali mnie na posterunek. Po drodze spotkałam męża, zapytał mnie gdzie idę, a ja mu na to: 'zapytaj tych panów'.
Trzymano mnie tam całą noc, a na drugi dzień o 13:00 wywieźli mnie do Niska, do aresztu śledczego. Przesiedziałam tam 6 tygodni. Karmili mnie słonymi śledziami. Chcieli mnie złamać i podsuwali mi kartki, abym wszystko napisała. 
Widziałam tam katowanych więźniów i wielką tragedię polskich patriotów. Widziałam skatowaną kobietę w 8 miesiącu ciąży, miała rozbitą głowę i okropnie krwawiła. Po 6 tygodniach, 'Lublinkiem', w 9-osobowej grupie zawieziono nas do Rzeszowa na Jagielońską. Byli tam ze mną m. in. 'Długi', Staszek 'Działo', Juniek Ciszek i ja, jako jeyna kobieta. Przed budynkiem UB wyrzucono trzech, a nas pozostałych wywieziono do Łańcuta. Tam znowu przesiedziałam 6 tygodni. Przez cały czas straszono mnie i przesłuchiwano. Przeszłam ogromne tortury. 
Stosowano np. usadzenie więźnia na nodze od tabotera i świecenie mu 500 watową żarówką w oczy. Innym była gra w piłkę. Stawało kilku oprawców w kółko i jeden drugiwmu popychał więźnia, aż ofiara padła. 
W czasie tych tortur poroniłam, byłam w czwartym miesiącu ciąży. 
Potem odbył się proces w Sądzie Wojskowym w Rzeszowie. Żaden z prywatych adwokatów nie chciał mnie bronić. Wszyscy się bali. Oskarżał mnie młody prokurator, który nie miał nic zapisane w akcie oskarżenia. Milczał, gdy prosiłam go o odczytanie oskarżenia. Dostałam wyrok 5,5 roku więzienia. Zawieziono mnie do Fordonu, do więzienia karnego przeznaczonego dla kobiet. Więzione tam były również moje koleżanki z Leżajska. 
Co tam przeżyłam, to tylko Bóg wie i ja i te co tam ze mną były. Przez cały czas pobytu namawiano mnie do współpracy, obiecując 'złote góry'. Stanowczo im odmawiałam. Podpadłam pewnego razu za to, że wygarnęłam naszym prześladowcom prawdę o Sowietach, co wyrabiali z naszymi rodzinami i z naszym narodem, bo doświadczyłam tego sama.
Przebywając w więzieniu, przez cały czas miałam ze sobą książeczkę do nabożeństwa ' Kwiat Eucharystyczny'. Włożyła mi ją matka w czasie aresztowania. Udało mi się ją przemycić. Trzymałam ją w schowku - wyciętych kartkach 'Żołnierza Polskiego'. 
Przebywając w 30. osobowej sali, modliłyśmy się wszystkie. 
W każdą niedzielę jedna stawała w drzwiach, zasłaniając judasza, a ja recytowałam teksty Mszy Świetej z modlitewnika. Ten modlitewnik znałam na pamięć. On był dla nas wsparciem duchowym. On był naszą nadzieją w chwilach zwątpienia. On był naszą ucieczką w modlitwach do Boga. On był dla nas wolnością ducha.
Po trzech latach pobytu w Fordonie, 25 więźniarek przewieziono do Tarnowa. Wśród nich byłam i ja. To więzienie było o łagodniejszym rygorze, a więzione były tam więźniarki o niskich wyrokach. 
Po odsiedzeniu jednego roku w Tarnowie, wyszłam na wolność w 1955 roku na warunkowe zwolnienie. Przez cały rok, co sobotę musiałam zgłaszać się na posterunek milicji.
Pewnego razu wyjechałam z teściową na badania lekarskie do Krakowa i zapomniałam się zameldować. To pojechał za nami milicjant i pytał dlaczego się nie zameldowałam. 
Takie to było moje życie. 
Niedawno temu przybył do mnie prokurator z IPN i pytał czy bym nie chciała poznać akta i ludzi, którzy na mnie donosili. Wiedziałam, że donosili, bo przecież, gdzie tylko się zatrzymałam, to UB od razu o tym wiedziało. Te wiadomości przekazywał im ktoś z najbliższej rodziny. Ja się tego domyślałam. Dziś, po tylu latach, nie chcę tego znać po raz drugi. Tym bardziej, że te osoby, o których przypuszczałam, że donosili, już nie żyją. Bóg ich z tego rozliczył. 
Ja natomiast chcę w spokoju dożyć swoich dni. To, co przeżyłam, co wycierpiałam i ile wylałam łez i goryczy świat nie zobaczy, lecz Bób rozliczy.

Niech te moje wspomnienia będą świadectwem cierpienia wielu prawych Polaków i wspaniałych patriotów. Niech będą świadectwem zbrodni, jakich dokonali komuniści na polskim narodzie. 
Teraz już wielu zdarzeń nie pamiętam i może tak chronologicznie i dokładnie nie przekazałam. Przekazałam natomiast całą prawdę o tym, co przeżyłam.

Dziś należę do Światowego Związku Armii Krajowej. Po latach, symbolicznie mój wkład w walkę o niepodległość Ojczyzny został doceniony.
Otrzymałam:
20 kwietnia 1996 - Odznakę Weterana Walk o Niepodległość
23 kwietnia 1996 - Krzyż Armii Krajowej
24 czerwca 1996 - Krzyż Narodowego Czynu Zbrojnego
 4 lipca 1998 - Krzyż Więźnia Politycznego
20 sierpnia 1998 - Krzyż Niezłomnych
Józefa Wagner - Podubny
spisał Wincenty Pażyra, 25 listopada 2007 roku.

cdn
Zdjęcia Józefy Podubny Wagner z albumu rodzinnego Małgorzaty Ożóg







***
5 czerwca odbyła się promocja książki Szymona Nowaka 'Dziewczyny wyklete 2'. Autor opisał w formie zbeletryzowanej historię Józefy Wagner.
Film ze spotkania:








czwartek, 19 lutego 2015

Ordyczyński Piotr (1952-2001)

Piotr Ordyczyński urodził się 28 kwietnia 1952 roku  (w poniedziałek) w Leżajsku. 
Ojciec Józef Alfons Ordyczyński z zawodu był murarzem sztukatorem, matka Janina z Gdulów.  Rodzice pobrali się w czasie wojny 7 stycznia 1940 roku.
Był najmłodszym synem Józefa i Janiny. Najstarszy brat Mieczysław Ordyczyński ur. się 12 stycznia 1941 w Leżajsku. Siostra Maria Waleria ur. się w 1942 roku i zmarła mając zaledwie 9 miesięcy. Siostra Krystyna Julia ur. się 18 stycznia 1946 roku. 
Piotr Ordyczyński po ukończeniu Szkoły Podstawowej im. M. Kopernika w Leżajsku oraz Technikum Mechanicznego w Leżajsku marzył o Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie, ale do szkoły lotniczej się nie dostał. 






Podjął naukę w Szkole Chorążych Personelu Technicznego w Oleśnicy (1.10.1972-16.08.1974) - otrzymał tytuł Technik Wojsk Lotniczych w zakresie specjalności eksploatacja samolotów. Szkoła kształciła specjalistów obsługi technicznej samolotów naddźwiękowych oraz (do 1984 r.) śmigłowców.


 






Jego pasję była turystyka górska, rowerowa. W latach szkolnych razem z bratem Mietkiem, w towarzystwie kolegów z technikum, a także profesorów przemierzali wielokrotnie górskie szlaki w Bieszczadach, Tatrach, Pieninach. 
Kochał wodę. Pracował w Rosnowie nad zachodnim skrajem Jeziora Rosnowskiego, swoje marzenia mógł realizować zdobywając uprawnienia sternika motorowodnego III stopnia, pływał na jachtach motorowych morskich i śródlądowych. Był ratownikiem WOPR.
Interesował się historią. 




26 lipca 1980 poślubił Annę Danutę Stankiewicz. Miał dwóch synów: Jerzego Grzegorza oraz Tomasza Macieja. 




Pracował Lotniczej Jednostce Wojskowej w Rosnowie woj. koszalińskie, w leżajskim Instalu, Hucie Stalowa Wola w Leżajsku, Leżajskiej Wytwórni Tytoniu Przemysłowego.

Ze względu na stan zdrowia wkrótce po odejściu na rentę zmarł 20 lutego 2001 roku. Miał 48 lat.




 Deep Purple był ulubionym zespołem Piotrka. Słucham od czasu do czasu 
"Child in Time" - jeden z nieśmiertelnych hymnów rocka, snując refleksje na temat ...

wtorek, 17 lutego 2015

Ordyczyński Stanisław (1904-1984)

Stanisław Ordyczyński [*13 XI 1904 Leżajsk - 1984, Zamość]
Syn Leona i Anieli z Jarosiewiczów. Ukończył studia na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Przed I wojną światową pracował jako nauczyciel szkoły podstawowej w Szyszkowie, Potoku i Lipinach, a następnie jako kierownik szkoły w Biłgoraju. Za działalność konspiracyjną w Komendzie Powiatowej ZWZ w Biłgoraju, jako oficer broni - ppor. rez., w czerwcu 1940 roku został aresztowany w ramach przeprowadzonej przez Gestapo akcji o kryptonimie 'Ausserordentliche Befriedungsaktion' (AB). Początkowo osadzony w Rotundzie zamojskiej, skąd wraz z 560 aresztowanymi osobami przewieziony został na Zamek lubelski. Wszystkich, z wyjątkiem zwolnionego ks. Czesława Koziołkiewicza, wywieziono do obozów koncentracyjnych w Dachau i Oranienburgu. Gehennę obozów przeżyli jedynie: Michał Fus, Edward Janiuk, Stanisław Kiełbasa-Karbonowski, Antoni Łagowski, Franciszek Mroczek, Stanisław Ordyczyński i Edward Pająk. Pozostali ponieśli śmierć. Przez długie lata do przejścia na emeryturę był dyrektorem LO w Zamościu.




O Stanisławie Ordyczyńskim odnalazłam informacje na biłgorajskiej stronie miasta         http://www.bilgoraj.lbl.pl/hist/dzieje/wojna_okupacja.php  


Ruch oporu- oficer broni - ppor.. Stanisław Ordyczyński

(…) Biłgoraj odgrywał wielką rolę w walce niepodległościowej i narodowowyzwoleńczej okresu okupacji. Znaczenie miasta w polskim ruchu oporu uwarunkowane było jego strategicznym położeniem między Puszczą Solską i lasami' janowskimi, w których w latach 1943-1944 działały liczne oddziały partyzanckie polskie i radzieckie, tocząc ciężkie i krwawe walki z okupantem. Na tym terenie została zapoczątkowana akcja wysiedleńczo-pacyfikacyjna, której ofiarą padły tysiące mieszkańców Zamojszczyzny. Jednym z naczelnych zadań działającego tu ruchu oporu była więc obrona miejscowej ludności przed zbrodniczymi poczynaniami okupanta.

W Biłgoraju znajdowały się ośrodki dyspozycyjne polskiego ruchu oporu o zasięgu powiatowym i ponadpowiatowym oraz silna miejska organizacja niepodległościowa.

W listopadzie-grudniu 1939 r. utworzona została w mieście Komenda Powiatowa (obwodowa) SZP, która następnie kierowała działalnością konspiracyjną jako Komenda Powiatowa ZWZ l do końca kwietnia 1941 r. miała swoją siedzibę w Biłgoraju. W skład jej weszli: dowódca powiatu - por. rez. Wacław Spalony ps. Słoma, jego zastępca (do stycznia 1940 r.) - Eugeniusz Goliński, zastępca i oficer wywiadu - ppor. rez. Antoni Radzik ps. Dolina, oficer organizacyjny - ppor. rez. Roman Wahl, oficer łączności - ppor. rez. Paweł Buczek, oficer ds. młodzieży - Edward Janiuk, oficer ds. kontaktów - Antoni Łagowski, oficer broni - ppor. rez. Stanisław Ordyczyński, kwatermistrz - Wacław Matraś i oficer propagandy - Walerian Klaudel.


Akcja o kryptonimie "Ausserordentliche Befriedungsaktion" (AB)

Jednym z założeń niemieckiej polityki biologicznej zagłady narodu polskiego było fizyczne wyniszczenie inteligencji. Celowi temu służyć miała głośna akcja o kryptonimie "Ausserordentliche Befriedungsaktion" (AB), przygotowana na polecenie Adolfa Hitlera przez generalnego gubernatora Hansa Franka. Na posiedzeniu "rządu" GG w dniu 30 maja 1940 r. Hans Frank powiedział: "Przyznaję otwarcie, że kilka tysięcy Polaków, i to przede wszystkim z warstwy przywódców duchowych Polski, przypłaci to życiem". I dalej: "Warstwy uznane przez nas obecnie za kierownicze w Polsce należy zlikwidować, co znów narośnie, należy wykryć i w odpowiednim czasie znowu usunąć". Akcja AB zakładała aresztowanie i wysłanie do obozów koncentracyjnych 20 tysięcy osób z Generalnego Gubernatorstwa. Na Lubelszczyźnie jej wykonywaniem kierował Odilo Globocnik - szef policji i SS dystryktu lubelskiego.

W Biłgoraju akcję AB zrealizowano w czerwcu 1940 r. Gestapo aresztowało wówczas m.in.: ks. Józefa Chmielewskiego, Jana Dziducha, Michała Fusa, dr Leopolda Góranowskiego, Edwarda Janiuka, Stanisława Kiełbasę-Karbonow-skiego, Ferdynanda Kondysara, ks. Czesława Koziołkiewicza, Kazimierza Kryńskiego, Tadeusza Liska, Antoniego Łagowskiego, Wacława Matrasia, Franciszka Mroczka, Stanisława Ordyczyńskiego, Edwarda Pająka, ks. Jana Samoleja, Mariana Spisackiego, Szczepana Sprysaka i Józefa Wróbla. Początkowo osadzono ich w Rotundzie zamojskiej, skąd wraz z 560 osobami aresztowanymi w ramach akcji AB na Zamojszczyźnie przewiezieni zostali na Zamek lubelski. W dniu 28 maja 1941 r. -wszystkich, z wyjątkiem zwolnionego ks. Czesława Koziołkiewicza, wywieziono do obozów koncentracyjnych w Dachau i Oranienburgu. Gehennę obozów przeżyli jedynie: Michał Fus, Edward Janiuk, Stanisław Kiełbasa-Karbonowski, Antoni Łagowski, Franciszek Mroczek, Stanisław Ordyczyński i Edward Pająk. Pozostali ponieśli śmierć.

Niemieckie władze okupacyjne zdawały sobie sprawę z rosnącego ustawicznie w siła polskiego ruchu oporu. Toteż dążyły do jego rozbicia i zniszczenia. Pierwszy cios zadało gestapo w czerwcu 1940 r. w czasie realizacji akcji AB. Aresztowano wówczas członków ZWZ: Leopolda Góranowskiego, Edwarda Janiuka, Kazimierza Kryńskiego, Tadeusza Liska, Antoniego Łagowskiego, Wacława Matrasia, Stanisława Ordyczyńskiego i Mariana Spisackiego, których - jak już wspomniano - zesłano do obozów koncentracyjnych.

Następne uderzenie gestapo w biłgorajską organizację niepodległościową nastąpiło w dniach od 13 do 30 marca 1941 r. Tym razem aresztowano m.in. Józefa Bielakowskiego, Antoniego Borytę, Bohdana Hussara, Anielę Lefanowicz, Wiktora Ma-łysę, Mariana Nowaka, Tomasza Różyckiego, Mariana Skowieżaka, Wacława Spalonego ps. Słoma, Romana Wahia, Mariana Wróblewskiego, i zesłano do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

W następnych miesiącach 1941 r. dokonano dalszych aresztowań członków ZWZ: w lipcu zatrzymano m.in. Mieczysława Kucharskiego i Józefa Piekarczyka, we wrześniu Wacława Hulaka i Stanisława Wojciechowskiego, a w październiku Zbigniewa Krzywdzińskiego. Oni również ponieśli śmierć w obozie zagłady w Oświęcimiu.


sobota, 14 lutego 2015

Czajka Józef (1885-1940)

Mjr rez. Józef Czajka – inżynier geodeta, absolwent Politechniki Lwowskiej. Uczestnik I wojny światowej i wojny 1918–1921 w 16 pp, 56 pp i 7 pp Leg., radca skarbowy w Krakowie, prezes Towarzystwa Geodetów we Lwowie, zamieszkały w Tarnowie. W 1939 komendant Tarnowa.


Józef Czajka s. Wincentego i Marii z Kościółków ur. się 11 marca 1885 r. w Tarnawcu koło Leżajska. Żonaty z Heleną ze Sworzniów, miał syna Adama.

Do szkoły powszechnej uczęszczał w rodzinnym Tarnawcu, a następnie do gimnazjum realnego w Jarosławiu. Po zdaniu egzaminu maturalnego studiował geodezję na uczelni wyższej wówczas zwanej Szkołą Techniczną w Lwowie (od 1920 Politechnika Lwowska). Po ukończeniu studiów rozpoczął pracę zawodową na terenach Galicji. Z chwilą wybuchu I wojny światowej Józef Czajka wstąpił do Legionów Polskich w stopniu porucznika. Okazał się wybitnym i odważnym dowódcą. Za zasługi na polu walki został odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę, bierze udział w wojnie polsko – bolszewickiej. Służbę wojskową kończy w stopniu kapitana saperów. 
Po demobilizacji zamieszkuje w Tarnowie. Inż. Józef Czajka angażuje się w życie społeczne Tarnowa. Za działalność społeczną zastaje odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi, pełni funkcję prezesa Lwowskiego Towarzystwa Geodetów, zaś z wojska dostaje awans na majora rezerwy piechoty. Zmobilizowany w sierpniu 1939 roku otrzymuje przydział do 6 Dywizji Piechoty generał brygady Bernarda Monda. Generał powierza mu stanowisko komendanta obrony Tarnowa. Gdy wybucha wojna rozkazem dowódcy przeniesiony zostaje do Zamościa, a w końcu do Tarnopola. Po wkroczeniu sowietów na teren Polski mjr Józef Czajka dostaje się do niewoli. Podczas ekshumacji grobów katyńskich jego ciało znaleziono obok zwłok gen. Smorawińskiego kolegi z czasów legionów.
Zmarł w 1940, Katyń Polski Cmentarz Wojenny.
Dla uhonorowania pamięci Józefa Czajki zamordowanego w Katyniu w pobliżu kościoła parafialnego w Kuryłówce posadzono 'Dąb Pamięci'. 



11 listopada 2007 roku Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Lech Kaczyński mianował mjr. rez. inż. Józefa Czajkę na stopień podpułkownika Wojska Polskiego.

sobota, 8 listopada 2014

Furgalski Wyrwa Tadeusz (1890-1916)

 furgalskiZ Leżajskiem związany jest jeden z oficerów I Brygady Legionów Józefa Piłsudskiego - mjr Tadeusz Wyrwa-Furgalski. W Leżajsku chodził do szkoły powszechnej, ojciec Antoni w tym czasie prowadził kancelarię notarialną. Do Leżajska przyjeżdżał z Krakowa. 100 lat temu wyruszył z Oleandrów walczyć o wolną Polskę, niestety, nie doczekał '11 listopada'. Zginął w bitwie pod Kostiuchnówką na Wołyniu. Młody, przystojny, wykształcony. Dowcipny, człowiek z pasją. Miał 26 lat. Odznaczony VM 5 klasy.
Urodził się 3 lipca 1890 w Rzeszowie, zmarł w nocy z 6 na 7 lipca 1916 w Maniewiczach pod Kostiuchnówką na Wołyniu). Ojciec Antoni był notariuszem. Matka Helena dd. Grychowska. 
W dzieciństwie mieszkałam przez jakiś czas w kamienicy przy ulicy Mjr. Wyrwy-Furgalskiego w Leżajsku. Sądziłam, że być może w tej samej kamienicy co Tadeusz i jego młodszy brat Teodor Furgalscy. Jednak bracia Furgalscy przyjeżdżali do wuja Grychowskiego, który mieszkał w Pałacu Wojciecha Miera.  
Nazwę ulica Furgalskiego, nazwano jego imieniem na okoliczność pobytu w Leżajsku tego wybitnego działacza niepodległościowego, członka Związku Strzeleckiego w stopniu oficerskim, majora 5 Pułku Piechoty Legionów. (W CAW AP zachował się odpis protokołu z posiedzenia rady gminnej miasta Leżajsk z dnia 12 sierpnia 1912 roku).
Ulica Furgalskiego
Ojciec Antoni Furgalski zmarł w 1896 roku, matka Helena zmarła w 1903 roku. Po śmierci rodziców Tadeusz wraz z młodszym bratem Teodorem Wiktorem ps. 'Pandor' (legionisty) byli wychowywani przez leżajskiego adwokata dr. Wiktora Grychowskiego, który był ich prawnym opiekunem. 


Fot. Pałac Miera
Dr Wiktor Grychowski zmarł w 1927 roku i spoczywa na Cmentarzu Komunalnym w Leżajsku. W Dzienniku Urzędowym Min. Sprawiedliwości Nr 2 z 16 stycznia 1928 odnotowano, że dr Wiktor Grychowski adwokat w Leżajsku zmarł oraz, że jego substytutem ustanowiony został dr Karol Scheinbach adwokat w Leżajsku.


Tadeusz Wyrwa Furgalski uczęszczał do szkoły powszechnej w Leżajsku, edukację gimnazjalną rozpoczął w Krakowie w Gimnazjum św. Jacka, ale ukończył I Gimnazjum w Rzeszowie w 1909 roku. Po ukończeniu szkoły średniej wstąpił na Wydział Filozoficzny UJ, podjął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie na kierunku geologia i tam pracował w Katedrze Geologii prowadzonej przez Władysława Szajnochę. 

Furgalski pisał dziennik, z którego możemy się dowiedzieć wiele interesujących informacji z okresu pobytu w Leżajsku. Opisywał życie codzienne młodej inteligencji w Galicji, głównie w Krakowie. 
Z zapisków dowiadujemy się, że z Krakowa do Leżajska przyjechał 14 XII 1913 roku, spędzając święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, aż do 6 stycznia 1914. Po raz drugi wybrał się do Leżajska 4 kwietnia 1914 roku. Był tam w okresie Świąt Wielkanocnych do 11 kwietnia.
 furgalski
Posiada broń i chętnie jej używa. U Żyda Puderbeutla najprawdopodobniej kupuje amunicję do floberta (broni strzeleckiej) i rewolweru. Z bronią na ramieniu i lunetką w ręku włóczy się po polach i lasach, narzekając od czasu do czasu, że nawet głupiej wrony nie widać. 
Interesował się naukami przyrodniczymi, znał się na ptakach, strzelał do nich w Dołach Niemieckich. Robił notatki przyrodnicze.
W wolnych chwilach czyta książki przechowywane w bibliotece na strychu lub dzienniki 'przy okrągłym stole'.
Jest stałym bywalcem w aptece Henryka Kijasa. Ich syn Tadeusz studiował w tym czasie na UJ. 
Dużo czasu spędza z mieszkańcami Leżajska - Zygmuntem Karasińskim, Topolskim, być może chodzi o Aleksandra Topolskiego nauczyciela leżajskiego gimnazjum, Tadkiem Zawilskim, panem Wodzińskim, nie wiadomo jednak czy chodzi o urzędnika państwowego Stanisława Wodzińskiego, który był prezesem Towarzystwa 'Sokół' czy o Mariana Wodzińskiego, powstańca styczniowego i posła na Sejm Krajowy we Lwowie, także niejakim Popielem, prawdopodobnie Włodzimierzem Popielem -urzędnikiem podatkowym w Leżajsku, autorem powieści 'W sidłach diabła'.
Tadeusz Zawilski był kolegą nie tylko z Leżajska, spotykali się w Krakowie, gdzie Zawilski studiował na Wydziale Prawa UJ. Był synem burmistrza Leżajska (w latach 1876-98) - Jana Kantego Zawilskiego i Febronelii z Szalewiczów.  

Furgalski spędza w Leżajsku wigilię i Boże Narodzenie. Z bratem Dorkiem przystraja choinkę, przygotowuje prezenty, kolęduje.
Opisuje parady w Klasztorze oo Bernardynów, wspomina ks. Sergiusza Michnę. Wspomina Marynię Sawicką, Jankę Rutkowską, Jankę Stachowską, Jankę Białkowską, Salkę Kowalewską. Spacery po miasteczku kończyły się u Kurowskiego, pewnie tego, który prowadził restaurację Podklaszorem.
Dużo czasu spędza na grze w karty po sąsiedzku u aptekarza Henryka Kijasa. Przyjaźni się z ich synem Tadeuszem, który, podobnie jak Tadeusz Zawilski, a także Franciszek Malec w tym czasie studiowali na Wydziale Prawa UJ. Kiedy Henryk Kijas z żoną Mańką wybrali się na sylwestra do kasyna, on spędził czas w domu przy starej popularnej grze karcianej dla trzech osób (tzw. preferans). Grywał też w ferbla.
Chętnie słuchał opowiadań dr. Mateusza Iłowieckiego o Leżajsku. Wspomina o śmierci pana Stachowskiego, który zmarł 23 grudnia 1913 roku w Rudzie. Spotyka się z Janką Stachowską, zapisując w Dzienniku: 'Bardzo jej ładnie w czarnym kolorze'.
Przed wyjazdem z Leżajska odmeldowuje się w magistracie. 6 stycznia 1914 roku wsiada do pociągu, wyjeżdża do Krakowa. 

 furgalskiKiedy po raz drugi wybrał się do Leżajska w okresie Świąt Wielkanocnych (4 kwietnia 1914 roku do 11 kwietnia) spędzał czas na spotkaniach, spacerach, grze w karty warcaby lub szachy.
Wspomina Tadka Zawilskiego, z którym chętnie spaceruje po Leżajsku, bywa u Dziurzyńskiego na piwie, z Wodzińskim rozmawia o polowaniu. Narzeka na nudy, na deszczową pogodę i na wujka, który jest dla niego i brata Dorka za mało serdeczny. Zachwyca się Turkami czyli strażą grobową.

W Krakowie Furgalski wraz z bratem oraz kolegą z rzeszowskiego gimnazjum Witoldem Kuleszą mieszkali na ul. Starowiślnej. Był stałym bywalcem, najczęściej w towarzystwie niejakiej Algi (kim była?) u Michalika, u Hawełki, w cukierni 'U Piaseckiego' przy ul. Floriańskiej 1, w kawiarni Teatralnej przy ul. Szpitalnej 38. 
 furgalski
Tadeusz Wyrwa-Furgalski był członkiem Związku Walki Czynnej, uczestniczył w organizowaniu i szkoleniu członków Związku Strzeleckiego. Ukończył kurs wyższy (szkołę oficerską). Był jednym z 66 słuchaczy kursu wyższego odznaczonych przez Józefa Piłsudskiego znakiem oficerskim tzw. "Parasolem".
 furgalski
 furgalskiW sierpniu 1914 roku wstąpił do Legionów Józefa Piłsudskiego. Objął dowództwo IV batalionu I brygady. W czasie I wojny światowej, w 1915 roku walczył pod Konarami, a następnie nad Bugiem, Stochodem i Styrem. W czasie tych walk został awansowany do stopnia majora.

W bitwie pod Kostiuchnówką jego batalion wyróżnił się w obronie Polskiej Góry, odpierając ataki armii Brusiłowa w czasie ofensywy letniej. Po przerwaniu przez Rosjan linii frontu wycofał się na linię Stochodu. W trakcie odwrotu macierzysty pułk Furgalskiego pobłądził. Padający ze zmęczenia żołnierze nie mieli już sił na przeprowadzenie rozpoznania. Podjęli się tego Leon Berbecki z Wyrwą-Furgalskim. Natrafili na konny patrol rosyjski, który oddał do nich z bliska salwę karabinową. Berbecki został ciężko ranny, a Wyrwa poległ. Miało to miejsce w okolicy miejscowości Maniewicze w nocy z 6 na 7 lipca 1916 roku. Podkomendni przez pewien czas nieśli ciało majora, lecz zagrożenie ze strony Rosjan zmusiło ich do pozostawienia go. Pochowany został przez Rosjan. Miejsce jego spoczynku jest nieznane.

Pośmiertnie awansowany został do stopnia podpułkownika. Jego śmierć Józef Piłsudski uczcił fragmentem rozkazu wydanego kilka dni po kostiuchnowskim starciu:

'Najboleśniejszą naszą stratą jest zabity mjr Wyrwa-Furgalski, który tyle sławy nam przysparzał, tylu żołnierzy wychował, a tylu upadających moralnie swym humorem i tężyzną podtrzymywał. Był jednym z najlepszych naszych oficerów'.


Źródło:
Tadeusz Furgalski „Wyrwa” Dziennik 1913-1916. - Księgarnia Akademicka, Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego. Kraków 2011

Kazimierz Gdula Wspomnienia

Ulica Burmistrzów Jana i Leopolda Zawilskich

Wykaz Legionistów Polskich 1914-1918
        
                             https://caw.wp.mil.pl/plik/file/biuletyn/r5/r5_3.pdf

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...