sobota, 3 sierpnia 2019

Łączyńska Ludmiła (1923-2019)

Ludmiła Łączyńska urodziła się 24 kwietnia 1923 r., w Lublinie. Zmarła 3 sierpnia 2019 roku, w Warszawie. 
***
Nabożeństwo żałobne odbyło się dnia 8 sierpnia 2019 r. o godz. 11:00 w Warszawie w Parafii Katedralnej Św. Michała Archanioła i Św. Floriana Męczennika, ul. Floriańska 3.
Msza Św. Pogrzebowa została odprawiona 10 sierpnia 2019 o godz. 14 w Kaplicy Cmentarnej w Leżajsku, po której ŚP Ludmiła Łączyńska została pochowana w rodzinnym grobie na Cmentarzu Komunalnym w Leżajsku. Żegnali się przyjaciele, mieszkańcy Leżajska i rodzina. 











***

****
Ludmiła Łączyńska urodziła się w Lublinie. Do 1939 roku mieszkała we Lwowie. Z chwilą wybuchu wojny razem z rodziną opuściła Lwów i zamieszkali w Leżajsku. Była absolwentką Państwowego Gimnazjum i Liceum im. B. Chrobrego w Leżajsku, rocznik 1946. 
Na jubileuszowym spotkaniu, jakie odbyło się w dniach 12-13 października 2002r z okazji 90-lecia Liceum im. B. Chrobrego w Leżajsku miałam przyjemność osobiście poznać Panią Ludmiłę Łączyńską. Zapamiętałam ją jako osobę bardzo pogodną, dowcipną i charyzmatyczną. W dwóch odcinkach słuchowiska "Matysiakowie" (nr 2390, z 23 listopada 2002 roku, oraz nr 2391 z 30 listopada 2002) opowiedziała o tym spotkaniu. 
Koleżanka opowiada Kasi o krótkim, lecz miłym pobycie w Leżajsku (zjazd absolwentów liceum) oraz o tym, jak spędziła czas w towarzystwie dawnego szkolnego kolegi, Eryka. 
>>https://www.polskieradio.pl/241/4721/Artykul/1508609,Odcinek-nr-2390
https://www.polskieradio.pl/241/4721/Artykul/1508608,Odcinek-nr-2391
Było to "Spotkanie pokoleń z okazji 90-lecia Jubileuszu Szkoły 1912-2002". 
Motto "A czas jak rzeka, jak rzeka płynie..."

***
Ludmiła Łączyńska-Dobrowolska, znakomita aktorka teatralna związana z Polskim Radiem. W Teatrze Polskiego Radia stworzyła mnóstwo znakomitych kreacji - zarówno w słuchowiskach oryginalnych, jak i w adaptacjach. 
Aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna; uczennica Leona Schillera i Bohdana Korzeniewskiego, uzyskała dyplom PWST w Warszawie w 1951 r. Występowała na deskach teatrów Ateneum i Ludowego (od 1975 Nowego). Od początku kariery zawodowej związana z Polskim Radiem. Oprócz występów w popularnym "Podwieczorku przy mikrofonie" zagrała w kilkudziesięciu słuchowiskach Teatru Polskiego Radia (również w audycjach dla dzieci i młodzieży), m.in. w: "Błękitnej strzale" G. Rodari'ego, "Damach i huzarach" A. Fredry, "Dziadach" A. Mickiewicza, "Krwawych godach" F. Garcii Lorci, "Lecie w Zasławku" B. Prusa, "Lekcji" E. Ionesco, "Opowieściach z Narni" C.S. Lewisa, "Porfirionie Osiełku" K.I. Gałczyńskiego, "Wzgórzu elfów" H.Ch. Andersena. 

Ludmiła Łączyńska-Dobrowolska w swoim dorobku miała również role filmowe i telewizyjne m.in. "Nikodem Dyzma", "Pan Anatol szuka miliona", "Życie Kamila Kuranta", "Blisko, coraz bliżej", "Rzeka kłamstwa", "Warszawskie gołębie" oraz telenowela "W labiryncie". 
Aktorka najbardziej znana była ze słuchowiska radiowego "Matysiakowie", w którym od listopada 1957 roku, nieprzerwanie, przez 62 lata wcielała się w postać głównej bohaterki - Wisi (Jadwigi Zerembskiej Matysiakowej). 

Grana przez nią postać pochodziła z inteligenckiej rodziny, a po rozwodzie z Jerzym, który ją zdradził, wzięła potajemny ślub z Stachem Matysiakiem.

Ludmiła Łączyńska to także osoba o wielu pasjach. Kiedyś została nawet zwyciężczynią... rajdu samochodowego.
Odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski z okazji 45-lecia powieści radiowej "Matysiakowie" (2001 r.) oraz medalem za wybitne kreacje aktorskie w słuchowiskach Teatru Polskiego Radia (2008 r.). W 2010 roku otrzymała nagrodę Splendora Splendorów, przyznawaną przez zespół artystyczny Teatru Polskiego Radia.


**


Linki:

piątek, 22 marca 2019

Kułacz Sławomir

Sławomir Kułacz – językoznawca, tłumacz, kolekcjoner i miłośnik historii.
Urodził się w 1987 r. w Leżajsku. Po studiach odbytych w Przemyślu i Lublinie na stałe wyjechał do Gdańska, gdzie w 2017 roku obronił rozprawę poświęconą ocenie jakości przekładów turystycznych i uzyskał stopień doktora językoznawstwa. Pracuje jako nauczyciel akademicki i tłumacz pisemny.
Od zawsze zainteresowany historią. Z czasem wyspecjalizował się w wojskowych aspektach I wojny światowej i historii armii austro-węgierskiej. Na tych zagadnieniach koncentruje się także jego praca naukowa z dziedziny językoznawstwa, czego wyrazem są tego jego publikacje naukowe, np. książka „Germanizmy w gwarze polskich żołnierzy armii austro-węgierskiej”. Wydał także książki „Kamień i Steinau w pożodze I wojny światowej” i „Wojskowa i wojenna korespondencja braci Lejów 1913–1917” oraz broszurki poświęcone cmentarzom wojennym w Żołyni i Sokołowie Małopolskim. Przetłumaczył ponadto kilka książek z języka niemieckiego i angielskiego. Planuje wydanie książki o walkach na Leżajszczyźnie w latach 1914–1914 i w tym celu od lat prowadzi badania archiwalne, przede wszystkim w Wiedniu.
Sławomir Kułacz kolekcjonuje pocztówki i zdjęcia dotyczące I wojny światowej nad dolnym Sanem oraz austro-węgierskie regulaminy wojskowe. Ma też spory zbiór polskich powieści dotyczących I wojny światowej wydanych w międzywojniu.
Na facebookowej stronie Pismo gotyckie bez tajemnic popularyzuje wiedzę na temat dawnego pisma niemieckiego, zarówno ręcznego, jak i drukowanego: https://www.facebook.com/gotykbeztajemnic/
Szczegółowa i aktualna lista publikacji Sławomira Kułacza znajduje się pod adresem:

     


 

niedziela, 24 lutego 2019

Wrzesińscy. Dzieje sztandaru leżajskiego oddziału Związku Strzeleckiego w latach 1939-2019

O dziejach sztandaru leżajskich Strzelców pisałam w 2008 roku. Ponieważ strona www już nie istnieje pozwoliłam sobie przedrukować na bloga tekst opracowany przez Romana Federkiewicza (Muzeum Ziemi Leżajskiej).
 
W sierpniu 1939 r. nieznany jak dotychczas z nazwiska, pochodzący z Warszawy oficer Wojska Polskiego, pracujący przy budowie Zakładów Chemicznych w Sarzynie przed swoim wyjazdem do macierzystej jednostki, zwrócił się do rodziny Wrzesińskich z prośbą o ukrycie i przechowanie sztandaru Związku Strzeleckiego na czas wojny. Zapewnił przy tym, że po wojnie ktoś się po niego zgłosi.

Oficer ów kwaterował po sąsiedzku rodziny Marii i Józefa Wrzesińskich na Siedlance nr 1 w Leżajsku. Żona oficera, odwiedzając męża często przychodziła do Marii Wrzesińskiej. Senior rodziny Józef Wrzesiński (ur. 1884) pracował wówczas jako zwrotniczy na kolei w Leżajsku. Jako gorący zwolennik Marszałka Józefa Piłsudskiego był osobą godną zaufania.

Początkowo sztandar wraz z grotem, gwoździami i okuciami został ukryty w skrzyni ozdobionej obrazkiem Matki Boskiej Leżajskiej. Wykonał ją syn Marian (ur. 1923r) i umieścił w koronie lipy rosnącej obok domu. W jego zamyśle skrzynia miała udawać kapliczkę przydrożną. Jedna z niewielu żyjących dzieci państwa Wrzesińskich- Zofia Federkiewicz z d. Wrzesińska (ur. 1925r) wspomina jak pielgrzymi zdążający do klasztoru OO. Bernardynów zatrzymywali się i modlili przed nią. Po wojnie sztandar został ukryty na strychu pochodzącego z poł. XVII w. rodzinnego domu krytego strzechą. Owinięty w stare chodniki czekał na zgłoszenie się emisariusza w celu jego odebrania. Fakt posiadania sztandaru rodzina utrzymywała w głębokiej tajemnicy w czasach komunistycznych. W połowie lat 60. Marian Wrzesiński przewiózł go do Gdyni, gdzie zamieszkiwał. Jednak służąc w Marynarce Wojennej nie zdecydował się na jego ujawnienie. W 2000 roku, tuż przed śmiercią przywiózł go z powrotem do Leżajska z zaleceniem „oddania go w godne ręce”. Już wtedy płótno sztandaru było niestety w złym stanie.

Po powrocie z Anglii w 2004 roku syn Zofii- Roman Federkiewicz odnalazł worek ze sztandarem i grotem. Sztandar razem z flagą narodową wywieszał podczas państwowych świąt. Kiedy otwarto w Leżajsku Muzeum Ziemi Leżajskiej, w styczniu 2008 roku zdecydował się przekazać sztandar społeczności leżajskiej będącej jego fundatorem w 1927 roku. Muzeum Ziemi Leżajskiej w porozumieniu z Jednostką Strzelecką 2035 w Leżajsku przystąpiło do jego renowacji. Tego zadania za pośrednictwem O. Stanisława Rudzińskiego z klasztoru Paulinów na Jasnej Górze podjęły się siostry Bernardynki z klasztoru w Chęcinach. O. Stanisław natomiast odnowił grot i wykonał dokumentację fotograficzną.

Już w trakcie renowacji Roman Federkiewicz podjął się akcji poszukiwawczej gwoździ. Poszukiwania przyniosły wspaniałe rezultaty. Zostało odnalezionych 199 gwoździ. Przekazały je Izabela Wrzesińska z Nowej Sarzyny i Janina Wrzesińska z Władysławowa.

Pieczołowicie odczyszczone przez pracowników Muzeum stały się bardzo wartościowym źródłem historycznym do dziejów Związku Strzeleckiego. Wśród nich zachowały się m. in. gwoździe od Marszałka Józefa Piłsudskiego, jego żony Aleksandry, premiera Kazimierza Bartla, generałów: Rydza Śmigłego, Felicjana Składkowskiego, Kazimierza Fabrycego, Antoniego Galicy, jak również patrona leżajskiej Jednostki Strzeleckiej ppłk. Tadeusza Wyrwy Furgalskiego. Licznie reprezentowane są oddziały strzeleckie i wojskowe, władze województwa lwowskiego, instytucje i związki oraz obywatele Ziemi Leżajskiej.

11 listopada 2008 roku w czasie powiatowych obchodów 90. rocznicy Odzyskania Niepodległości poświęcono sztandar leżajskiego oddziału Związku Strzeleckiego w Bazylice OO. Bernardynów. 

  
W Muzeum Ziemi Leżajskiej dokonano wbicia dodatkowych 32 gwoździ do drzewca macierzystego przez honorowych gości. m. in. przez Zofię z Wrzesińskich Federkiewicz i jej syna Romana Federkiewicza.





Sztandar Związku Strzeleckiego "Strzelec" przechowywany jest na honorowym miejscu obok pamiątkowej Tablicy Strzeleckiej w Dworze Starościńskim -siedzibie Muzeum Ziemi Leżajskiej. Jednostka Strzelecka 2035 będzie go prezentować przy wszelakiego rodzaju uroczystościach.
 
Pierwsze poświęcenie miało miejsce 8 maja 1927 roku w Kościele Farnym w Leżajsku. Uroczystościom przewodniczyli wówczas: starosta łańcucki Stanisław Łodziński i prof. Kornel Szabo. Wzięły w niej udział oddziały 38 p. piechoty z Przemyśla, 10 pułku strzelców konnych z Łańcuta i 39 p. piechoty z Jarosławia z gen, Antonim Galicą na czele oraz oddziały strzeleckie z całego okręgu i liczni mieszkańcy Leżajska. 
 
****
***


Źródło:
Relacje ustne członków rodziny Wrzesińskich i Zbigniewa Larendowicza
Półćwiartek Józef, Dzieje Leżajska, s. 416. Leżajsk 2003.
„Stojałowczyk” 1927, nr 24-25 z 19 VI

niedziela, 10 lutego 2019

Dołęga Cieślik Joanna

Wspomnienia ppor. Joanny Cieślik-Dołęgi – łączniczki AK na Kresach Wschodnich zostały spisane w latach 2004-2014 przez Maję Wolan i Małgorzatę Korczyńską. 

Wspomnienia "Wojenna dziewczyna z warkoczem" ukazały się na stronach Biuletynu Miejskiego Nr 3/2018 

Pozwolę sobie zacytować treść:

Wielu leżajszczan kojarzy ją z kioskiem Ruchu przy ul. Mickiewicza - vis a vis MCK, w którym sprzedawała przez wiele lat. Najpierw sama, potem z mężem.

Urodziłam się w Niepodległej Polsce 24 sierpnia 1924 roku w szpitalu im. Cesarza Józefa I w Bóbrce, miejscowości położonej 30 km na południowy wschód od Lwowa, jako najmłodsza z dziewięciorga dzieci Stanisława i Anny Cieślik. Nazywano mnie Jańcią lub Janką. Rodzice mieli dom i kilkuhektarową posiadłość ziemską 2 km od Bóbrki we wsi Szpilczyna. Dom był z kamienia otoczony wielkim ogrodem i sadem. Za domem z niewielkiego wzgórza roztaczał się piękny widok na Wołowe, z którego pochodził mój ojciec. Po śmierci rodziców, jako młody chłopiec poszedł na służbę do hrabiostwa Potockich w Starym Siole, położonym 20 km od Bóbrki. Ojciec był wspaniałym myśliwym i będąc już dorosłym mężczyzną organizował dla wojskowych i hrabiego Potockiego łowieckie wyprawy. Z upolowanej zwierzyny mama na prośbę hrabiny Potockiej gotowała dla magnaterii staropolskie dania. Nasz dom słynął z wyśmienitej kuchni kresowej, która zresztą uchodzi za niezrównaną, zachwycając swym bogactwem i różnorodnością. Przedwojenne tradycyjne receptury są przekazywane w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie.

W domu wpajano nam wartości chrześcijańskie, uczono poczucia patriotyzmu oraz przywiązania do dawnych zwyczajów z poszanowaniem pamiątek narodowych. Takiej miłości do Polski, razem z modlitwą za Ojczyznę, od wczesnego dzieciństwa uczyła mnie mama. Dlatego to uczucie jest tak mocno zakorzenione w moim sercu i sercu każdego Kresowiaka, a słowa „Bóg, Honor, Ojczyzna” pozostają w nas aż do śmierci.

Zawieruchy wojenne

Kiedy wybuchła I wojna światowa do walki o niepodległość stanęli trzej moi bracia: Jan, Piotr i Michał. Z wojny do rodzinnego domu nie powrócił Piotr – zginął w krwawych walkach o Lwów. Jego ciała, ku rozpaczy mamy nigdy nie odnaleziono. Z tą tragedią rodzina długo nie mogła się pogodzić. Dlatego, gdy w 1918 roku urodził się kolejny z braci, mama dała mu na imię Piotr.

Po zakończeniu I wojny światowej na części z posiadłości ziemskiej bogatej w złoża gliny, rodzice założyli małą cegielnię. Niestety, 1 września 1939 roku, kiedy siły powietrzne Luftwaffe przeprowadziły zmasowane bombardowania Lwowa i okolic, cegielnia legła w gruzach. Dzięki Bożej Opatrzności zabudowania mieszkalne pozostały jednak nietknięte.

Wraz z wybuchem II wojny światowej skończył się czas beztroski; wojna nie tylko przerwała moją edukację, ale sprawiła, że musiałam szybko dorosnąć.

Najgorszy był strach przed wywózką na Sybir po napaści Armii Czerwonej na Rzeczpospolitą Sowieci zajęli Kresy Wschodnie i NKWD rozpoczęło weryfikację ludności wcielanej do ZSRR. Represje objęły rodzinę mojej siostry Marii Bieńkowskiej. Zgodnie z polityką Stalina zaliczono ją do grupy wrogo nastawionej do socjalistycznego państwa. Józef Bieńkowski, mąż Marii był pracownikiem służb mundurowych, więc cała rodzina znalazła się na liście przeznaczonych na wywózkę na Sybir. Maria najpierw sama, a potem z siedmioletnim synem Leszkiem ukrywała się w gajówce koło Bobrki.

Swą kilkumiesięczną córkę Lidię pozostawiła pod moją opieką. W 1940 NKWD w poszukiwaniu Bieńkowskich wtargnęło do domu mojego brata Janka. Wszyscyśmy zamarli. Mała Lidka siedziała na moich kolanach.
- A etat malcik, ciej – spytał jeden z oficerów biorąc Lidkę za chłopczyka
- to tej dziewuszki – odparł przytomnie Janek i wskazał na mnie.
Bolszewik trochę się zdziwił, bo sama wyglądałam jak dziecko. Popatrzył na mnie, machnął ręką i wyszedł z innymi.

W czasie okupacji, wiosną 1942 Niemcy zajęli dom rodzinny. Przegonili nas do jednej izby, a w drugiej zainstalowali radiostację, skąd nadawali meldunki. Po ponownym zajęciu Bobrki i okolic przez Armię Czerwoną, Niemcy uciekając zostawili nam broń.
- Macie, brońcie się przed tą bandą – powiedział jeden z nich
Mój brat Michał razem z kolegą wynieśli ją do lasu. Część zakopali w skrzyniach, a karabiny porozwieszali na sosnach. Ukrywanie broni groziło zsyłką na Sybir.

Konspiracja

Jeszcze w czasie niemieckiej okupacji zdecydowałam o zaangażowaniu się w działalność konspiracyjną. Mając niespełna 18 lat wstąpiłam do Armii Krajowej. Działałam w obwodzie Bobrka należącym do Inspektoratu Południowego Okręgu Lwów Armii Krajowej, który zaczął oficjalnie funkcjonować na przełomie lipca i sierpnia 1942 roku. Wtedy też zaczęły powstawać w moim obwodzie zawiązki dziewięciu plutonów z 31 drużynami.

Do konspiracji zostałam zwerbowana w lipcu 1942 przez ppor. Krucina – oficera łączności konspiracyjnej, być może ze względu na moją drobną sylwetkę i nie rzucający się w oczy wygląd. Charakterystyczny jedynie mój długi, piękny warkocz. Uroczystą przysięgę złożyłam w lesie w obecności dwóch komendantów ze Lwowa i Bobrki. Po zaprzysiężeniu otrzymałam stopień szeregowca i zostałam przyjęta jako łączniczka między komendą inspektoratu, a oddziałami partyzanckimi AK na trasie Lwów – Stanisławów. W konspiracji przyjęłam pseudonim „Teresa”, zawierzając swoje bezpieczeństwo i życie wstawiennictwu Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, znanej też, jako Mała Tereska.

Początkowo rodzina nie wiedziała o mojej działalności konspiracyjnej. Często wymykałam się z domu pod pretekstem opieki nad dziećmi starszych sióstr. Z czasem wtajemniczyłam braci i siostrę Magdaleną oraz siostrzeńca Józefa Deca, który też należał do Armii Krajowej.

Zadania

Do moich obowiązków w AK należało zbieranie informacji i przyjmowanie meldunków, które następnie dostarczałam w zalakowanych kopertach do punktów kontaktowych. W Bóbrce była to proboszczówka kościoła rzymskokatolickiego pw Św. Mikołaja i Anny oraz cmentarna kaplica – grobowiec bóbrskich hrabiów Czajkowskich. We Lwowie zaś dom mojej starszej siostry i szwagra Magdaleny i Stanisława Korczyńskich, położony przy ul. Łyczakowskiej 206.
Do przenoszenia meldunków i amunicji służyła mi specjalna bańka na mleko z podwójnym dnem. Wykonali ją moi koledzy z partyzantki. Na spodzie ukrywałam dokumenty i amunicję, przykrywając je denkiem, na które dla niepoznaki, wlewałam niewielką ilość mleka. Na trasie Bobrka – Lwów jeździłam zazwyczaj autobusem, ale zdarzało się, że musiałam chodzić pieszo. Pewnego razu, gdy przewiozłam do Lwowa meldunki i amunicję Niemcy zatrzymali autobus. Gdy weszli do środka starałam się opanować i zachowywać naturalnie. Jeden z nich podejrzliwie spojrzał na mnie, po czym wskazał na bańkę. Z drżeniem serca podeszłam do niego i otworzyłam wieczko. Na szczęście nie pomyślał, by sprawdzić jej ciężar. Udało się!

W partyzantce poznałam wielu oddanych przyjaciół, wśród nich Stefanię Lang, Helenę i Zofię Krutin, Marię Jakubowską oraz Michała Sikorskiego – przyszłego męża mojej bratanicy. W drużynie wraz ze mną służyło 30 osób. Na co dzień mieszkaliśmy w swoich domach, w punktach kontaktowych meldowaliśmy się tylko na umówiony sygnał. Uzbrojenie mieliśmy głównie zdobyczne w walkach z okupantem. Ukrywaliśmy je w zakonspirowanych domach, stodołach, lasach, pakowaliśmy amunicję do skrzyń, a następnie zakopywaliśmy je w ziemi.

Świat jest podły

W czasie wojny pracowałam w magistracie w Bóbrce, gdzie miałam dostęp do różnych informacji. Pracowałam także jako bileterka w kinie „Sokół”, z którym związana jest tragiczna historia. Niemcy zaplanowali przeprowadzenie ataku na oddział banderowców z UPA. Gdy to doszło do Ukraińców, zaczęli powiększać swoje szeregi siłowo, wcielając młodych Polaków. W kinie właśnie trwał seans. Nagle do budynku wpadł oddział banderowców. Zamarłam. Och dowódca rozejrzał się i wymachując bronią kazał wszystkim wynosić się z kina. Wprowadzili do Sali Polaków, których uzbroili – mieli pod ich dowództwem atakować Niemców. Parę dni później, gdy rano przyszłam do pracy dozorca szepnął mi do ucha
- Janka, chodź, coś ci pokażę
- co się stało – odszepnęłam
- może poznasz któregoś – dodał
Gdy weszłam do kina, serce podeszło mi do gardła,, cała podłoga zaścielona była trupami - Polaków i Ukraińców zabitych przez niemieckich nazistów.
Tego samego dnia zorganizowano masowy pochówek, nie na cmentarz lecz na Rynku w Bóbrce. Po raz pierwszy zrozumiałam, że świat może być podły …

Na rozkaz dowództwa AK organizowałam przerzuty partyzantów m. in. do Starego Sioła i Gródka Jagiellońskiego. Pamiętam ostatni rozkaz otrzymany od ppor. Stanisława Krucina, który zdawał sobie sprawę, że na froncie Sowieci wypierają Niemców. Miałam przeprowadzić przez las 10 partyzantów.
- Wisia zachorowała, idź ty Janeczko, dasz sobie radę – powiedział.

Front sowiecki

Sytuacja zmieniała się z minuty na minutę. Gdy dotarłam na miejsce, partyzantów już nie było. Stało się oczywiste, że nadszedł front sowiecki i zostali oni zmuszeni do wcześniejszej ewakuacji. Ja także musiałam uciekać. Szłam przez las, z oddali dobiegał ostrzał artyleryjski. Zaczęłam biec, upadłam. Wstała i ruszyłam pędem przed siebie z kołaczącą w głowie myślą: gdzie się tu schować, żeby mnie nie zabili. Przed powrotem do Szpilczyny ostrzegła mnie matka koleżanki – stacjonowały tam już wojska sowieckie. Nad Bóbrkę i okolice nadlatywały bombowce, więc noc spędziłam u rodziców koleżanki, ukrywając się z nimi w ziemiance. Dopiero rano, gdy sytuacja nieco uspokoiła się ruszyłam w kierunku Szpilczyny. Nie szłam jednak gościńcem, bo samoloty wykonywały loty zwiadowcze i bałam się, że zginę. Szłam przez pola, wysokie zboża modląc się do św. Teresy, by nie trafić na trupa. Z oddali usłyszałam jęki rannego sołdata. Zacisnęłam zęby i szłam dalej. Dotarła do domu. Na mój widok brat Janek krzyknął” – Mamo, Janka żyje!
Domownicy obawiali się, że mogłam zginąć, ponieważ znalazłam się na linii frontu. Wyczerpana zasnęłam – śniły mi się koszmary. To wędrowałam po lesie, to słyszałam ostrzał artyleryjski … Obudził mnie własny krzyk – Lecą i biją!

Nie ma Polski

Gdy ostrzały artylerii niemieckiej i sowieckiej stały się tak silne, nie mogłam bezpiecznie przeprowadzić swoją tajną trasą, dowództwo AK oddelegowało mnie do Wrocławia. W lipcu 1944 roku nastąpiło rozformowanie oddziału i zakończenie mojej działalności konspiracyjnej. Nie ujawniłam się …

Z czasem dotarło do mnie, że Polska upadła – ta świadomość mnie przerażała. Jednak miała nadzieję, że wolność Polski uda się odzyskać przez silne poczucie jedności narodowej. Rozwiązanie AK kończyło tylko pewien etap. Pamiętam ostatni rozkaz komendanta głównego AK gen. brygady Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”
- Wojna się nie skończyła (…) Nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie niepodległym, suwerennym i sprawiedliwie urządzonym Państwie Polskim (…). Daję wam ostatni rozkaz. Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa (…). W tym działaniu każdy z was musi być dla siebie dowódcą”.
Ostatni rozkaz komendanta głównego AK nie był sygnałem do odwrotu, tylko do trwania przy świętej sprawie. Jako żołnierz Armii Krajowej byłam wierna tym słowom przez dalsze życie.

Z kresów do Leżajska

Jesienią 1945 roku z powodu odmowy przyjęcia obywatelstwa radzieckiego moja rodzina została wysiedlona z Kresów Wschodnich. Wyjeżdżając, pozostawiliśmy niemal wszystko. W bydlęcych wagonach moi trzej bracia wyjechali z rodzinami na Ziemie Odzyskane w okolice Wrocławia, a dokładnie Milicza, Potaszni i Henrykowic. Z kolei moje trzy siostry z rodzinami udały się najpierw w okolice Rozwadowa, następnie Żołyni, a w końcu przeniosły się do Leżajska. Natomiast ja z mamą, która była w starszym wieku zostałam w Szpilczynie. Jednak w grudniu 1946 przyjechałyśmy do Leżajska i wynajęłyśmy mały dom przy ul. Garncarskiej 5. Swoje dorosłe życie związałam z Leżajskiem i to on stał się moim ukochanym domem. To tu rozpoczęłam pracę w zakładzie masarskim mojego szwagra Stanisława Korczyńskiego przy ul. Mickiewicza 41.

W 1948 wyszłam za mąż i założyłam rodzinę. Choroba synka, najmłodszego z czworga moich dzieci sprawiła, iż całkowicie poświęciłam się opiece nad nim. Po jego śmierci w 1965 roku podjęłam pracę w Państwowym Przedsiębiorstwie Kolportażu RUCH, gdzie pracowałam przez 25 lat.

Los nie szczędził mi cierpień i wyzwań, jednak te wartości, którym była i jestem wierna do dzisiaj, pomagały mi przetrwać trudne chwile. Tego uczyłam swoje dzieci, wnuki i prawnuki. Ufam, że przekazane im umiłowanie do tradycji i patriotyzmu będzie kontynuowane w otoczeniu etosu: „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

piątek, 28 grudnia 2018

Zadzierski Józef Wołyniak (1923-1946)

Józef Zadzierski urodził się 5 września 1923 r. w Kostopolu na Wołyniu, jako syn Władysława i Stanisławy z d. Korczyc-Brochwicz.
Od małego był zafascynowany wojskiem, w Równem, gdzie mieszkał przez kilka lat z rodziną często podziwiał polskich kawalerzystów i piechurów. 
Po ukończeniu szkoły powszechnej w Równem przez kilka miesięcy był uczniem lwowskiego Korpusu kadetów, skąd zabrał go ojciec, obawiając się wpływu piłsudczyków na syna. W 1938 r. zamieszkał wraz z rodzicami w Warszawie i w Warszawie rozpoczął naukę w gimnazjum

Po wybuchu wojny uciekł z domu i walczył jako zwiadowca konny w szeregach Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” dowodzonej przez gen. Franciszka Kleeberga. Po bitwie pod Kockiem dostał się do niewoli, jednak został zwolniony ze względu na młody wiek.
W Warszawie na tajnych kompletach uzyskał maturę, po czym ukończył podziemną podchorążówkę w Dańkowie, będąc jednocześnie żołnierzem oddziału Jana Kamera „Bolesława” o pseudonimie „Zawisza”.
W 1941 r. nawiązał kontakt z Narodową Organizacją Wojskową w Grójeckiem. W roku 1943 w grójeckiej komórce NOW nastąpiła wsypa i Zadzierski musiał uchodzić zagrożony aresztowaniem przez Gestapo. Wiosną tego roku skierowano go do Okręgu NOW Rzeszów (COP), gdzie otrzymał przydział do oddziału Franciszka Przysiężniaka „Ojca Jana”. Na miejscu zmienił swój pseudonim. Od teraz znany był jako „Wołyniak”.

Pierwszą większą akcją przeciwko Niemcom, w której wziął udział Zadzierski była wspólna z AK akcja ataku na więzienie w Biłgoraju, przeprowadzona w drugiej połowie września 1943 r. „Wołyniak” z partyzantami „Ojca Jana” otrzymał rozkaz ubezpieczania ataku od zachodu. 23 września zajmujący swoje pozycje partyzanci NOW starli się z oddziałem niemieckiej żandarmerii. W walce pod Ujściem zginął m.in. komendant żandarmerii z Biłgoraja, porucznik Wilhelm Brunner.
Podczas swojego pobytu w oddziale Przysiężniaka, „Wołyniak” brał udział w akcjach przeciwko Ukraińcom i Niemcom rabującym polską ludność Zasania. Brał udział w akcjach pod Dąbrowicą, Hutą Deręgowską oraz ataku na posterunek niemieckiej żandarmerii we Frampolu. Partyzanci uczestniczyli także w akcjach zaopatrzeniowych. Święta Bożego Narodzenia w roku 1943 oddział „Ojca Jana” spędzić miał w wiosce Grabie. W tym czasie miał odbyć się także ślub kapitana Przysiężniaka z Janiną Oleszkiewicz. 27 grudnia nad ranem partyzanci zostali zaskoczeni przez Niemców. Prawdopodobnie wskutek niedostatecznego wystawienia ubezpieczeń wokół wsi nieprzyjaciel bez problemu otoczył śpiących Polaków, rozbijając w nierównej walce żołnierzy „Ojca Jana”. W trakcie starcia wyróżnił się szczególnie „Wołyniak”. Następnie opuścił zgrupowanie, pragnąc walczyć na własną rękę. Udał się do wioski Tarnawiec, gdzie utrzymywał swoją kwaterę. Pod koniec roku został dowódcą dyspozycyjnego oddziału komendy okręgu NOW. Dowództwo okręgu postawiło przed „Wołyniakiem” zadanie ochrony polskiej ludności Zasania przed Ukraińcami oraz likwidację hitlerowskich konfidentów. Na terenie, na którym działał oddział Zadzierskiego głównym wrogiem polskiej ludności byli współpracujący z Niemcami członkowie ukraińskich formacji paramilitarnych i wojskowych. Ukraińcy czuli się panami tego obszaru, wiedząc że ich postawa wobec Polaków nie spotka się z negatywną kontrakcją okupanta. Po powołaniu do życia oddziału „Wołyniaka” sytuacja diametralnie się zmieniła. Odtąd ukraińscy mieszkańcy m.in. Kulna, Rudki, Wołczastego, Piskorowic czy Jastrzębca musieli trzymać się na baczności i pohamowywać swoje zapędy wobec swoich polskich sąsiadów. Żołnierze Zadzierskiego współpracowali także z 1. Ukraińską Dywizją Partyzancką dowodzoną przez Petro Werszyhorę, która w lutym i marcu 1944 r. działała na Zasaniu. Gdy wiosną 1944 r. swoją aktywność zaczęły przejawiać oddziały UPA partyzanci Zadzierskiego rozpoczęli kontrakcje przeciwko sympatykom tej zbrodniczej formacji. Częstokroć przebrani w niemieckie mundury partyzanci dokonywali niespodziewanych napadów na niemieckie i ukraińskie posterunki policji oraz karali zbyt gorliwych (także wśród polskiej ludności) hitlerowskich konfidentów. Kiedy front zbliżał się w rejon Zasania Niemcy przeprowadzili na tym terenie akcję pacyfikacyjną, chcąc oczyścić swoje zaplecze. Oddział przetrwał ten okres bez większych strat. W lipcu 1944 r. nawiązano kontakt z sowieckimi czołówkami, którym wskazano bezpieczny bród, przez który mogły one przeprawić się na lewy brzeg Sanu. Na rozkaz dowództwa okręgu NOW Rzeszów partyzanci Józefa Zadzierskiego wstąpili do tworzących się struktur „Polski Ludowej” „Wołyniak” stanął na czele posterunku Milicji Obywatelskiej w Leżajsku. Sowieci zapamiętali zgodną współpracę z partyzantami Werszychory oraz pomoc przy przeprawie przez San. Jak się okazało spokój wśród byłych członków polskiego podziemia nie trwał długo. Już we wrześniu NKWD aresztowało Wołyniaka i osadzono w kazamatach rzeszowskiego Urzędu Bezpieczeństwa. Po przesłuchaniach przez śledczych zapadł wyrok – sowieckie łagry. 26 listopada 1944 r. Józef Zadzierski znalazł się w pociągu zmierzającym na Wschód. Podczas „podróży” kilkunastu skazanym udało się wyrwać deski z podłogi wagonu i uciec. Wśród nich znalazł się również „Wołyniak”. Powrócił on do Tarnawca, gdzie zaczął odtwarzać swój oddział. W jego szeregi zaczęli trafiać byli żołnierze Zadzierskiego z oddziału dyspozycyjnego NOW, zagrożeni aresztowaniem przez NKWD i UB milicjanci, dezerterzy z WP oraz wszyscy ci, którym nie w smak były zaprowadzane komunistyczne porządki. Po odejściu Niemców głównym wrogiem żołnierzy podziemia niepodległościowego stali się Sowieci, polscy komuniści oraz UPA i sprzyjający im Ukraińcy. Głównymi miejscami postoju oddziału „Wołyniaka” były Tarnawiec i Kuryłówka. Partyzanci często swój obóz zakładali także w lesie Górki. Oddział liczył początkowo kilkunastu żołnierzy, by do maja 1945 r. osiągnąć liczebność kompanii. Wtedy to zgromadzone w Ożannie oddziały NZW (NOW) zostały zasilone przez dezerterów WP z Lubaczowa i Biłgoraja.

Opuszczenie przez Niemców terenu Zasania nie oznaczało spokoju dla mieszkających tutaj Polaków. Nadal pozostał do rozwiązania problem ukraiński. Wielu z nich sympatyzowało z OUN-UPA. Część zaczęła kierować swoje kroki w kierunku. Wielokroć mieszkańcy polskich miejscowości zwracali się do Zadzierskiego z prośbą o pomoc w konfliktach z nękających ich bandami UPA (najbardziej aktywny był tutaj kureń „Żeleźniaka”) czy zbrojnymi grupami Ukraińców z pobliskich wsi, którzy często napadali na polskie wioski razem z żołnierzami Armii Czerwonej. Na posterunki MO raczej nie można było liczyć. Szczególnie często dochodziło do starć z ukraińskimi mieszkańcami Kulna, którzy napadali na pobliską Kuryłówkę. W połowie marca 1945 r. doszło do największego starcia oddziału „Wołyniaka” z Ukraińcami z Kulna wspomaganymi przez czerwonoarmistów. Grupy napastników napadły na Kuryłówkę, grabiąc i podpalając wieś. Gdy do Zadzierskiego dotarła informacja o tych wydarzeniach zebrał swoich żołnierzy, uderzając na nieprzyjaciela. Po odparciu wroga z Kuryłówki, starcia przeniosły się do Kulna. W wyniku walk Kulno zostało zniszczone.

Kiedy 17 kwietnia 1945 r. banderowcy dokonali pacyfikacji wioski Wiązownica, mordując ponad 100 Polaków, komenda NOW postanowiła wziąć odwet na szykujących się do kolejnych mordów Ukraińców. Podziemie niepodległościowe otrzymało informację, że kolejny atak ma wyjść z Piskorowic, wioski dającej się już we znaki mieszkańcom Zasania. W nocy z 17/18 kwietnia oddział „Wołyniaka” otoczył Piskorowice. Następnie partyzanci rozbroili znajdujących się w wiosce kilkunastu czerwonoarmistów, podpalając część wsi i likwidując około 100 Ukraińców. Większe i mniejsze starcia z ukraińskimi bandami trwały do połowy następnego roku. Żołnierze „Wołyniaka” likwidowali ukraińskich kolaborantów z czasów okupacji, byłych żołnierzy SS-„Galizien”, konfidentów NKWD i UB, członków OUN-UPA, wspierających ich mieszkańców ukraińskich wsi. Nocą z 3/4 maja 1945 r. oddział „Wołyniaka” zajął Leżajsk. Partyzanci rozbroili przy okazji posterunek MO, a następnie urządzili wojskową defiladę. 24 marca 1946 r. Zadzierski ze swoimi ludźmi ponownie zajął Leżajsk. Ciekawostką jest fakt, że „Wołyniak” wjechał na swoim koniu na drugie piętro gmachu MO.

Największą bitwą, w której wziął udział oddział Józefa Zadzierskiego jest bez wątpienia starcie z NKWD pod Kuryłówką. Pod koniec kwietnia 1945 r. z Lubaczowa zdezerterowała szkoła podchorążych 2. Samodzielnego Batalionu Operacyjnego Wojsk Wewnętrznych, a na początku maja z Biłgoraja zdezerterował 3. Samodzielny Batalion Operacyjny Wojsk Wewnętrznych. Spora część z ex-członków obu jednostek trafiła do oddziałów leśnych na Zasaniu. W pościg za dezerterami wysłano mobilne oddziały NKWD – 11. Samodzielnego Pułku Pogranicznego NKWD oraz 372. Pułku Strzelców NKWD. Sowieci wpadli na ślad uciekinierów, a dowódcy oddziałów leśnych, które stacjonowały w tym czasie w Kuryłówce, Tarnawcu i Ożannie postanowili podjąć walkę z nieprzyjacielem. NKWD zaatakowało rankiem 6 maja 1945 r. Partyzanci lepiej znający teren i będący dobrze przygotowani do starcia uzyskali przewagę nad atakującymi. Do godziny 16:00 walka ustała, sowieci zostali rozbici, a partyzanci wycofali się z pola bitwy. Pod Kuryłówką poległo 5 partyzantów, a 7 zostało rannych. Co do strat enkawudzistów podawane są różne liczby, ale wyniosły one prawdopodobnie około 60-70 zabitych.

Latem 1945 r. na rozkaz szefa Wydziału I Organizacyjnego KG NZW Kazimierza Mireckiego „Tadeusza”, „Ojciec Jan” otrzymał rozkaz demobilizacji podległych sobie oddziałów. Z tym poleceniem nie zgodził się „Wołyniak”, który uważał, że nie ma warunków dogodnych do wyjścia swoich żołnierzy z konspiracji. Mimo swoich wątpliwości co do słuszności tego rozkazu pozwolił odejść z oddziału tym wszystkim, którzy by się na to zdecydowali. Jedni żegnali się z „Wołyniakiem” ale kolejni przybywali do oddziału. Większość z nowych partyzantów Zadzierskiego było członkami rozwiązanych oddziałów NOW-NZW.
Kolejne miesiące ostatniego roku wojny to próby unikania kontaktów z większymi pododdziałami NKWD, KBW czy pododdziałami 9. Dywizji Piechoty WP, która pojawiła się na Zasaniu w czerwcu 45 r., a której zadaniem była likwidacja UPA i oddziałów podziemia niepodległościowego na tym obszarze. Żołnierze Zadzierskiego potykali się także z członkami MO, którzy dość gorliwie wypełniali swoje obowiązki. Rozbrajano także posterunki MO (m.in. Jarocin, Giedlarowa, Frampol, Potok Górny, Łukowa), gdzie zdobywano broń, żywność, mundury. „Wołyniak” szczególną odrazą darzył konfidentów UB i NKWD, których bez zmrużenia okiem kazał likwidować.

Na początku czerwca 46 r., kilka tygodni przed zaplanowanym przez komunistów referendum ludowym w obliczu kolejnej akcji pacyfikacyjnej grożącej rozbiciem oddziału, „Wołyniak” wyruszył ze swoimi żołnierzami w Lasy Janowskie. Wraz z kolejnymi tygodniami z oddziału odchodzili kolejni partyzanci, mający dość walki i pragnący ułożyć sobie życie w cywilu. Na tropie grupy Zadzierskiego wpadały co jakiś czas pododdziały KBW i WP oraz funkcjonariusze UB. Dochodziło do potyczek, które co rusz osłabiały i tak już przerzedzony oddział kapitana „Wołyniaka”. Przewaga militarna komunistów sprawiała, że oddział ponosił coraz to większe straty i tak przykładowo: nocą z 4/5 czerwca pod Sieniawą Zadzierski stracił 4 zabitych i 14 aresztowanych; w połowie września pod Rzuchowem funkcjonariusze KBW zabili 4. i aresztowali 13. żołnierzy „Wołyniaka”; 15 października w starciu z Grupa Operacyjną KBW pod Leżajskiem poległo 11. partyzantów. W jednej z kolejnych potyczek, 13 listopada 1946 r. w okolicy kościoła w Tarnawcu ranny w rękę został dowódca. Raną zajął się doktor Stanisław Pojasek z Biłgoraja i wydawało się, że najgorsze minęło.
W nocy z 11 listopada na 12 listopada 1946 w rejonie Tarnawca, podczas pacyfikacji Zasania przez oddziały KBW i wojska, został ranny w rękę, w którą wdała się gangrena.
,,Wołyniak " pożegnał się z ukochaną - Krystyną. Nie widząc wyjścia z sytuacji, w nocy z 28 grudnia na 29 grudnia 1946 r. w Szegdach popełnił samobójstwo. Pochowany został konspiracyjnie na cmentarzu w Tarnawcu, czego dokonał jego żołnierz Michał Krupa ps. „Pułkownik” (obok grobu swojego ojca). 

Tam 24 czerwca 1997 r. odsłonięto, podczas uroczystości z udziałem jego siostry, Aliny Zadzierskiej-Glińskiej, oraz byłych podkomendnych i towarzyszy broni, pomnik nagrobkowy stanowiący dar amerykańskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia, Andrzeja Pityńskiego, syna żołnierza i sanitariuszki z oddziału „Wołyniaka”, Aleksandra i Stefanii Pityńskiej z domu Krupa oraz jednocześnie bratanek Michała Krupy.
Grób Wołyniaka jest bardzo wymownym i symbolicznym miejscem, w którym Polacy oddają hołd żołnierzom wyklętym podczas różnych patriotycznych uroczystości. Płaskorzeźba z brązu zawiera błędną datę śmierci Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka".


Postać Aleksandra Pityńskiego została przestawiona jako jedna z pięciu (jako piąta od lewej) w monumentalnym pomniku Partyzanci w Bostonie, stworzonym w 1979 przez Andrzeja Pityńskiego i odsłoniętego w 1983 w Bostonie.

Źródło: 

http://www.nowastrategia.org.pl
https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Zadzierski
Dionizy Garbacz - „Wołyniak”. Legenda prawdziwa

środa, 5 września 2018

Kisielewicz Stanisław (1919-2010)

Stanisław Kisielewicz [*18 X 1919 Leżajsk  † 21 VII 2010 Łódź ] (ps. Niesiecki, Antek)

  Ur. 18 października 1919 r. w Leżajsku, syn Józefa i Wiktorii z d. Matuszko. Uczęszczał do gimnazjum w Leżajsku, Chyrowie (Zakład Naukowo-Wychowawczy Ojców Jezuitów) i w Rohatynie, gdzie zdał maturę (1937). W latach 1937-1939 studiował w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie był działaczem MW.
    Od końca 1940 r. członek NOW w Leżajsku, od początku 1942 r. szef wydziału propagandy w komendzie powiatowej NOW. Odpowiadał również za prowadzenie dokumentacji i archiwum komendy powiatowej.
    W 1944 r. ukończył tajną podchorążówkę i został awansowany do stopnia podporucznika. Pozostał w konspiracji po wkroczeniu wojsk sowieckich.
    Wiosną 1945 r., kiedy został urlopowany, wyjechał do Warszawy, gdzie w 1946 r. ukończył studia na SGH. Do chwili przejścia na emeryturę w 1980 r. pracował jako rewident-księgowy w Łodzi i w Warszawie (między innymi do 1953 r. w Związku Spółdzielni RP i Centrali Tekstylnej, a w latach 1960-1980 w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego). Mieszkał w Łodzi z żoną Zofią z d. Micherska.
Stanisław Kisielewicz zmarł 21 lipca 2010 roku w Łodzi. Pogrzeb odbył się 24 lipca 2010 roku w kościele św. Józefa w Rudzie Pabianickiej przy ul. Farnej. Pochowany jest na cmentarzu parafialnym w Łodzi, ul. Mierzejowa.
***
2 września 2018 roku zmarła ŚP. Zofia Wiktoria Kisielewicz z domu Micherska.
Pogrzeb rozpocznie się mszą żałobną dnia 6 września 2018 r. (czwartek) o godz. 14.00 w kościele pw. św. Józefa w Rudzie Pabianickiej, ul. Farna 15, po której nastąpi odprowadzenie na miejscowy cmentarz przy ul. Mierzejowej.
***
Fragment książki Stanisława Kisielewicza 
"Od Leżajska do Łodzi. Wspomnienia członka NOW w Leżajsku". 

Dzieciństwo i młode lata

Urodziłem się 18 października 1919 r. w Leżajsku w nie istniejącym już domu przy ul. Tomasza Michałka. Ojciec mój Józef był przedsiębiorcą budowlanym, matka Wiktoria z Matuszków gospodynią domową. Nie znałem już żadnej babki ani dziadka, którzy zmarli przed moim urodzeniem. Dziadek mój ze strony ojca Jakub był zaangażowanym w sprawy społeczne, a równocześnie lubił i umiał korzystać z uroków życia. W młodości przy współpracy z klasztorem organizował gromadzenie broni dla powstania styczniowego. W jego domu był też punkt zborny dla ochotników chcących brać udział w powstaniu, a później także sam walczył w oddziale gen. Jeziorańskiego. Dom dziadka znajdował się w osadzie śródleśnej zwanej „Kąt”. Składała się ona z kilku zaledwie domów położonych pomiędzy dzielnicą Chałupki a końcem ulicy Tomasza Michałka. Dziadek był rzemieślnikiem i trudnił się wyrobem różnego rodzaju przedmiotów użytkowych z drewna, zatrudniając kilku czeladników. Zajęcie to zabezpieczało dostatnie życie rodzinie składającej się z dwu córek i trzech synów, a także szacunek, czego wyrazem był fakt wybierania go radnym miasta. W wieku już dobrze dojrzałym dziadek zakochał się w jakiejś kobiecie, dla której opuścił dom i Leżajsk, przenosząc się gdzieś na tereny wschodnie. Babka nie potrafiła pokierować warsztatem, także w krótkim czasie zrobiło się w domu biednie, chłodno i głodno. Ojciec mój był najmłodszym z rodzeństwa i małoletnim. Starsze rodzeństwo było już usamodzielnione. Ojciec był głęboko religijny i żarliwie modlił się do św. Antoniego, patrona ubogich o poprawę losu. Pewnej nocy przyśnił mu się św. Antoni, podający mu ręką bochenek chleba mówiąc – „odtąd nigdy nie będziesz głodnym”. Po tym śnie wyjechał do Lwowa i jako małoletni rozpoczął pracę w charakterze pomocnika murarskiego. Dzięki pracowitości i zaradności szybko wspinał się po szczeblach kariery zawodowej. Mając ukończonych tylko kilka klas szkoły podstawowej, dzięki samokształceniu zdobywał potrzebną mu wiedzę, także jeszcze przed wejściem w związek małżeński był już majstrem i samodzielnie kierował odcinkiem robót, a po pierwszej wojnie założył własne przedsiębiorstwo budowlane i stał się człowiekiem zamożnym. Był przeświadczony, że swoje sukcesy zawdzięcza św. Antoniemu, dlatego postanowił ozdobić naroże zbudowanej przez siebie kamienicy przy ul. Mickiewicza figurką św. Antoniego z wyciągniętą dłonią podającą chleb.
W okresie PRL ten patron biednych stał się zagrożeniem ludowego państwa.

Dom nasz bowiem prawie w całości użytkowany był przez starostwo, a ostatni przed reformą administracyjną w 1976 r. starosta żądał ode mnie i brata byśmy tę figurkę usunęli na co oczywiście nie zgodziliśmy się. Innym wyrazem wdzięczności ojca wobec św. Antoniego było nadanie mi imion Stanisław Antoni. Ponadto zawsze ilekroć bywał w Leżajsku starał się być w Klasztorze i modląc się przed statuą świętego wciskał datek do skarbonki z napisem „Dla biednych.”

Nieco miejsca w moich wspomnieniach chciałbym poświęcić obrazowi dzielnicy w której się urodziłem i życiu jej mieszkańców. Na Podklasztorzu było zaledwie kilka domów murowanych reszta; to budynki parterowe drewniane, kryte przeważnie dachówką. Jesienią domy te „uciszano” tj. okrywano przywożoną z lasu ściółką. Pamiętam, że dużą przyjemność sprawiał mi zawsze wyjazd do lasu i zgrabianie ściółki, któremu towarzyszyło zbieranie zielonych gąsek. Gąski te później kiszono bądź marynowano. Wiosną i latem ściółkę wykorzystywano obok słomy do podkładania w stajni. Czasami ściany obkładano także porąbanym drewnem na opał. Domy ogrzewano piecami kaflowymi. Piece postawione przez dobrego zduna, po jednorazowym nagrzaniu zabezpieczały utrzymanie właściwej temperatury przez cały dzień. Wyrobem kafli od wielu pokoleń trudniła się rodzina Romańskich. Dzięki tradycji i doświadczeniu wyroby tej firmy były dobrej jakości i cieszyły dużym wzięciem nie tylko w najbliższym rejonie.

Podklasztorem i na Chałupkach większość mieszkańców posiadała własne „krzaki”, tj. lasy głównie sosnowe, z których pozyskiwano drewno na opał. Niektórzy oszczędzający własny drzewostan albo nie posiadający „krzaków” zakupywali sągi lub kubiki pociętych na metrowej długości kłody drzew. Część tego drewna pochodziła z kradzieży w lasach Potockiego. Do wywozu kradzionego drzewa z lasu posługiwano się wozami, których koła bez żelaznych obręczy nie powodowały hałasu. Piece kuchenne były wyposażone w „duchówki” tj. wnęki, do których wkładano przygotowane już potrawy, dzięki czemu zachowywały one przez dłuższy czas pożądaną temperaturę. Do gotowania wody na kawę czy herbatę korzystano z samowarów, nie sądzą by były rodem z Tuły, do ich podgrzewania służyły głównie szyszki sosnowe. W okresie późniejszym do gotowania potraw posługiwano się prymusami, opalanymi naftą. Przed każdym ich użyciem wymagały one podgrzania palnika skażonym spirytusem nalewanym do kołnierza umocowanego przy tym urządzeniu, a także wytworzenia odpowiedniego ciśnienia pompką w montowaną w korpus prymusa.

Podstawą utrzymania mieszkańców tej dzielnicy były karłowate gospodarstwa rolne, z których zbiory musiały wystarczyć na potrzeby nawet licznych członków rodziny. Z pośród mieszkańców Podklasztoru tylko nieliczni posiadali własne konie i sprzęt potrzebny do uprawy roli. Wykonywanie takich czynności jak orka, bronowanie czy siew zlecano okolicznym rolnikom. Żniwa wykonywano ręcznie sierpami. W okresie późniejszym zastępowały je kosy wyposażone w kabłąki, które umożliwiały równe odkładanie się pokosów ściętego zboża. Koszenie wymagało jednak umiejętności posługiwania się tym narzędziem, dlatego zlecano je wynajmowanym kosiarzom. Także młócenie zboża powierzano młodym wiejskim chłopcom tzw. „Młóckom”, którzy w czasie sezonu wystawali na rynku miasta i oferowali swoje usługi.
Dochody rodzin uzupełniano zatrudnieniem w murarce, uzyskiwano je jednak tylko w okresie sezonu, z tym jednak, że po przepracowaniu w ciągu roku ustalonego limitu czasu można było w okresie zimy ubiegać się o zasiłek.

W każdym domu był piec do wypieku chleba z mąki przeważnie żytniej pochodzącej ze zboża znoszonego często na plecach do przemiału w młynie Kurleja, mieszczącego się przy bocznej drodze odchodzącej od ul. Tomasza Michałka. Białe pieczywo, rogaliki, kajzerki, bułki i sztangle kupowano w sklepie przy specjalnych okazjach. Wypiekany co 2 tygodnie chleb razowy przez cały ten okres zachowywał świeżość i był smaczny. Przy okazji wypieku chleba z resztek, które nie starczyły na formowanie pełnego bochenka wypiekano placki tzw. „podpłomyki” które szczególnie mi smakowały. Na śniadanie kromki chleba smarowano masłem względnie robionymi jesienią w domu powidłami ze śliwek, jednak najbardziej smakował mi chleb maczany w tak zwanej zasmażce robionej przez mamę na patelni, której składników już nie pamiętam. Chleb popijano kawą sporządzoną z przypalonego na patelni jęczmienia. Zmielony jęczmień z dodatkiem kupowanej w sklepie cykorii gotowano i pito z dodatkiem mleka. Masło wyrabiano w domowych maselnicach. Wiosną i latem, gdy krowy da-wały więcej mleka i powstawały nadwyżki masła było ono topione i przechowywane w słoikach, służąc w okresie zimy obok słoniny do kraszenia ziemniaków.

Oprócz tartaku i młyna parowego, który spłonął w okresie okupacji w Leżajsku nie było żadnego zakładu przemysłowego, poza rolnictwem i murarstwem mieszkańcy miasta trudnili się rzemiosłem wielu było garncarzy, szewców, krawców, wytwórców zabawek. Handel prawie w całości był w ręku ludności żydowskiej, z tym jednak, że w/g niepisanego prawa nie dopuszczano ich do zamieszkania na Podklasztorzu na północ od rzeczki Jagody.
Dlatego na tym terenie działało 5 sklepów, w których można było kupić „szwarc, mydło i powidło”, wszystkie one były własnością Polaków, podobnie jak dwie restauracje. W okresie zimy zwożono do nich duże ilości lodu, który posypywany trocinami pełnił w lecie funkcje lodówki. Z pośród rzemieślników nieźle wiodło się krawcom i szewcom, gdyż w owym czasie przemysł konfekcyjny był dopiero w powijakach, a pierwsze w Polsce zakłady „Bata” w Chełmku zbudowano dopiero w latach 30-tych. Szycie ubrań i bielizny zlecano zarejestrowanym zakładom krawieckim, bądź też chodzącym po domach chałupnikom, którzy za wy-żywienie i niską opłatę świadczyli te usługi. Na Podklasztorzu dużym wzięciem cieszył się krawiec Rosjanin, zwany „Moskalem”, który nie chciał wracać do czerwonego raju. Dodatkowe źródło dla mieszkańców Podklasztorza stanowili także pątnicy zwłaszcza ci, którzy przybywali z dalszych okolic. Dla nich przeważnie w stodołach rozścielano słomę na której pokotem, jeden obok drugiego spędzali noc a ponadto zakupywali oni mleko i inne pożywienie.


Okupacja

Z okresu lat 1939/40 pozostały mi tylko przykre wspomnienia, zawiedzione nadzieje na szybkie zwycięstwo aliantów, prawie całkowity brak pocieszających informacji (poza prasą gadzinową „Gońcem Krakowskim” i „Krakauer Zeitung”, w którym doszukiwałem się jakichś pocieszających informacji dotyczących działań na froncie). Mój kolega szkolny Władek Dudziński zachował aparat radiowy na słuchawki tzw. kryształki, na którym rzadko udawało się złapać stacje zachodnie poza stacjami niemieckimi i rosyjskimi. Stacje zachodnie jeżeli udało się je „złapać” też nie przynosiły nic pocieszającego. 


W budynku przy ul. Rzeszowskiej w czasie wojny mieściła się kwatera komendy powiatowej NOW w Leżajsku. Nazywano ją "Wygoda". 

Członkowie organizacji mieli do dyspozycji aparat radiowy, dokonywali nasłuchu radiowego, audycji Polskiego radia z Londynu, BBC, Głosu Ameryki, a także stacji niemieckich. Radia słuchali także w domu Gizeli Zawilskiej na ul. Ruskiej (dzisiejszej ul. Burmistrzów Zawilskich). Opracowywano biuletyny informacyjne o ostatnich wydarzeniach na froncie i aktualnej sytuacji politycznej. Przy nasłuchu radiowym współpracowała Gizela Zawilska, a przy pisaniu i powielaniu biuletynów Władysława Schönborn, Lidia Gröger i Janina Walatyńska.
Początkowo mieli maszynę do pisania marki Underwood, którą Kisielewicz przyniósł z domu, ale nie byli z niej zadowoleni, maszyna miała zbyt dużą siłę uderzenia, uszkadzała matrycę, co powodowało zalewanie tekstu. Zdobyli lepszą, lżejszą marki Continental. Ryszard Gröger i Witold Żuchowski włamali się do biura Spółdzielni Rolniczo-Handlowej, gdzie pracowała Janina Kiszakiewicz - ciotka Ryszarda Grögera i ukradli nie tylko maszynę, ale i papier do pisania.

W tym okresie na krótko parałem się handlem skórą, którą przywoziłem koleją z garbarni w Radomiu. Brat natomiast w tym czasie z większym niż ja powodzeniem zajmował się handlem cementem i wapnem, które sprowadzał wagonami kolejowymi. Pod koniec 1940 r. mój kolega Mietek Mrzygłód zaproponował mi wstąpienie do NOW. Ponieważ kierunek ideowy był mi bliski wyraziłem zgodę. Przysięgę organizacyjną złożyłem na ręce przedstawionego mi jako mego bezpośredniego dowódcę Ludwika Więcława ps. Śląski i przyjąłem pseudonim Niesiecki. Do organizacji wprowadziłem moich kolegów: Władka Dudzińskiego, Ludwika Furdynę, Tadka Jurzyńca, Jana Ciska oraz wysiedlonego z poznańskiego Stachowiaka studenta Uniwersytetu w Poznaniu. Tworzyliśmy organizacyjną piątkę pod moim kierownictwem. Wszyscy jej członkowie przeszli przeszkolenie wojskowe w ramach obowiązującego w szkołach średnich „Przysposobienia Wojskowego”, ja i Stachowiak także dodatkowo w „Legii Akademickiej”. W ramach tej piątki omawialiśmy najnowsze informacje uzyskiwane przez Dudzińskiego z nasłuchu radiowego i z otrzymywanej prasy konspiracyjnej. W początkowym okresie był to „Szaniec”, który przekazywał nam Adam Koszacki (wg. informacji udzielonej mi przed laty przez p. Juliana Urbańskiego - Ulasa, faktycznie nosił on inne nazwisko. Według Urbańskiego był on tylko wychowankiem czy też synem żony Bolesława Koszackiego z innego związku. Koszacki jak mi opowiadał często zmieniał orientacje polityczne od anarchistów poprzez komunistów do ONR-u. W czasie jakiejś rozróby u anarchistów został ranny i kulał na jedną nogę. Mówił mi, że „Szańca” przewoził bezpośrednio z Warszawy statkiem wiślanym, kursującym chyba jeszcze w pierwszych latach po wojnie z Warszawy do Sandomierza, a dalej koleją. Pokazywał mi też dwie fiolki trucizny, które nosił ze sobą gdyż jak mówił bał się tortur w przypadku aresztowania. Niestety wczesną wiosną 1941 r. po aresztowaniu i osadzeniu w więzieniu w Leżajsku zażył truciznę i zmarł.
Nie odpowiada prawdzie informacja podana przez S. Sochę w „Czerwonej Śmierci” jakoby zginął w wyniku torturowania przez Gestapo w Jarosławiu. Krótko po śmierci Koszackiego Gestapo aresztowało w maju 1941 r. kierownictwo naszej organizacji: kpt. Lucjana Barana i Ludwika Więcława, uniknął aresztowania Mietek Mrzygłód i Rysiek Gröger, których nie za-stano w domu. Z pośród członków naszej organizacji aresztowano także Wilhelma Trociuka i jego siostrę, Marylę Ordyczyńską i kilku innych. Ludwik Więcław opowiadał mi, że po aresztowaniu był przetrzymywany w więzieniu w Przemyślu i po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej eksplodujący na podwórzu więziennym granat spowodował ucieczkę obsługi. Fakt ten umożliwił mu wyłamanie drzwi i wspólnie ze swoim towarzyszem z celi uwolnili także innych więźniów. Od czasu śmierci B. Koszackiego do czerwca lub lipca 1941 r. nie było dopływu prasy konspiracyjnej. Aresztowanie kierownictwa nie pozostało bez wpływu na pracę całej organizacji. Dostawa prasy została wznowiona w połowie 1941 r. „Szańca” zastąpiła jednak „Walka”, którą otrzymywałem od Eugeniusza Ostrowskiego ps. „Zawisza”. W pierwszej połowie 1942 r. gestapo bezskutecznie usiłowało aresztować tą rodzinę, wszyscy jej członkowie wraz z czeladnikami aktywnie działali w NOW (państwo Ostrowscy prowadzili zakład kominiarski). Zagrożeni aresztowaniem zmuszeni byli do ukrywania się, a później walczyli w oddziale „Ojca Jana”. „Zawisza” poległ podczas akcji na „Liegenschaft” w Groblach, a matka Stefania zginęła w czasie zaatakowania obozu przez Niemców przed Bożym Narodzeniem w 1943 r. W początkach 1942 r. Ludwik Więcław zlecił mi kierowanie wydziałem informacji i propagandy w komendzie powiatowej NOW. Obszar działania komendy obejmował powiat łańcucki i wschodnią część powiatu kolbuszowskiego, z tym jednak, że w zachodniej części powiatu placówka NOW funkcjonowała tylko w Krzemienicy. Także w samym Łańcucie nie było placówki NOW. Nie podzielam w tym przedmiocie poglądu wyrażonego przez K. Kaczmarskiego w pracy pod tytułem „Podziemie narodowe na Rzeszowszczyźnie”, jakoby powodem nie powołania struktur NOW Łańcucie była specyfika tego należącego do rodziny Potockich miasta. W Przeworsku - siedzibie rodu Lubomirskich działały oddziały NOW. Rzeczywistym powodem tego stanu był brak dostatecznej prężności struktur Stronnictwa Narodowego w samym Łańcucie i zachodniej części powiatu. W momencie prze-jęcia przeze mnie funkcji kierownika wydziału informacji i propagandy skład komendy powiatu był następujący :
Komendant Ludwik Więcław „Śląski”
z-ca Komendanta i kier. wydz. organizacji Leon Janio „Łaski”
z-ca kier. wydz. organizacji Zbigniew Larendowicz „Wicher”
kierownik wydziału wywiadu Ryszard Gröger „Kuba”
z -ca kier. Marian Kisielewicz „Marlewicz”
kier. wydz. szkoleniowego Kazimierz Krawiec „Orzeł”
kier. wydz. informacji i propagandy Stanisław Kisielewicz „Niesiecki”
z-ca kier. Stefan Fedorowicz „Szczekacz”

Podana przez S. Sochę w „Czerwonej Śmierci” dane jakoby w skład komendy powiatu wchodziły odrębne wydziały: polityczny, informacji i łączności są nieścisłe. Sprawy łączności prawie wyłącznie były w gestii NOWK (Narodowej Organizacji Wojskowej Kobiet), którym kierowała Zofia Szczęk ps. „Elżbieta” często błędnie podawano nazwisko Szczęch. Od czasu wejścia w skład komendy powiatu zajmowałem się głównie sprawami informacji i propagandy wówczas też, a może nawet nieco wcześniej odstąpiono od systemu piątkowego, a przyjęto organizację obowiązującą w wojsku (drużyna, pluton, kompania).


***

Zdjęcia z pogrzebu Ś. P. Stanisława Kisielewicza.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się 24 lipca 2010 roku w kościele św. Józefa w Rudzie Pabianickiej przy ul. Farnej. Pochowany jest na cmentarzu parafialnym w Łodzi, ul. Mierzejowa.
 





*** 
Mój Internetowy kolega, z którym klikałam na gg pochwalił się, że jego sąsiad Stanisław Kisielewicz pochodzi z Leżajska i ma spisane ciekawe informacje o Rodzinie i o swoim rodzinnym mieście. Zdopingowałam mojego kolegę, aby pomógł panu Stanisławowi wydać swoje wspomnienia w formie książki. I rzeczywiście, Mirek obiecał zaangażować się osobiście, przepisał rękopis Pana Stanisława 'do komputera', nawet przyjechał do Leżajska, by zdobyć trochę zdjęć, poznałam go osobiście.
Mirek zajął się również wydrukiem książki w wojskowej drukarni. Po kilku miesiącach przywiózł mi już gotowe książki. Jeden egzemplarz był przeznaczony dla mnie, szczególnie cenny, bo z autografem autora. Ze sprzedażą książki nie było problemu. Problemem natomiast był niski nakład, bowiem 100 egzemplarzy rozeszło się w ciągu kilku dni. Wielu chętnych dzwoniło do mnie prosząc o książkę. Rodzina pana Stanisława czuła się nawet urażona, że p. Stanisław nie pomyślał o nich. Odsyłałam ich do miejscowych bibliotek, bo tam książka jest dostępna.

Materiały zawarte w książce Stanisława Kisielewicza przydały mi się do wzbogacenia mojego drzewa genealogicznego. Okazało się, że pan Stanisław jest spokrewniony z rodziną mojego męża.

Pan Stanisław ze względu na podeszły wiek (ur. się w 1919 roku) od wielu lat nie przyjeżdżał do swojego rodzinnego miasta. Nie poznałam Go osobiście, ale kiedy jeszcze żył przesyłaliśmy sobie serdeczne Życzenia Świąteczne.

Pięć lat po śmierci w 2015 roku, przy okazji pisania świątecznych kartek, natknęłam się w mojej skrzyneczce z korespondencją na kartkę z życzeniami od ŚP. Pana Stanisława Kisielewicza. Przywołałam wspomnienia, nasunęły mi się pewne refleksje. Szkoda, że w dzisiejszych czasach zanika tradycja wysyłania życzeń na kartkach pocztowych. Korespondencja papierowa przegrywa z elektroniczną formą kontaktu ze znajomymi. W dobie e-maili, esemesów, portali społecznościowych czy telefonów komórkowych bezpowrotnie tracimy świadectwo znajomości z żywymi ludźmi. Pan Kisielewicz już nie żyje. Pozostały mi jednak na pamiątkę listy i kartki z życzeniami od niego. Oto jedna z takich kartek.

  „Miłych, zdrowych, pogodnych Świąt Bożego Narodzenia. Wiele szczęścia i satysfakcji w Nowym Roku
                           życzy Stan. Kisielewicz
PS. Korzystając z okazji składania tradycyjnych życzeń świątecznych, chciałbym równocześnie przekazać Pani moje wyrazy sympatii i szacunku za pasję i oddanie sprawie utrwalenia obrazu przeszłości wspólnych nam rodzinnych stron. Równocześnie żałuję, że z uwagi na stan zdrowia nie mogę tych życzeń przekazać osobiście i bezpośrednio, a także podziękować za znane mi podejmowane przez Panią działania i wysiłki dla popularyzacji i wznowienie mojej pisaniny.
                                                         St. Kisielewicz Łódź, grudzień 2007"


***

niedziela, 10 czerwca 2018

Turosz Zofia

Urodziła się 27 lipca 1938 roku w Żołyni - biegaczka długodystansowa, chodziarka Zofia Turosz jest zdobywczynią licznych tytułów w maratonach m.in. w Nowym Jorku, Bostonie i Los Angeles, wielokrotna mistrzyni Świata i Europy.
Od 65 lat biega i mimo swoich 80. lat swoją energią i zamiłowaniem do sportu zaraża młodzież, dorosłych i dzieci. 
Od pięciu lat firmuje swoim nazwiskiem "Leżajski Bieg Zośki Turosz" organizowany przez władze miasta Leżajska. 





**



zobacz też:
IV Leżajski Bieg Zośki Turosz - 3.06.2017
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...